sobota, 25 grudnia 2010

Święta, święta ech...



No więc pierwszy dzień świąt dziś, wczoraj wigilia byla, w TV nieśmiertelny Kevin sam w domu znów pozostał, a ja jakoś mam wrażenie, że żadnych świąt nie było.
Pierwszy raz w życiu nie czuję NIC.
Może przez to że w tym roku kompletnie bez rodziny z mojej strony (ech, dwa lata temu w Londynie Wiśnie z nami byli, i Nawojka malutka jeszcze...).
Może przez to że jakoś zabrakło wzruszeń związanych z całą oprawą, dekoracjami, gotowaniem...bo owszem, i choinkę ubraliśmy, i zrobiliśmy naszą porcję dań na wspólną wigilię u Magdy, ale jakoś tak wszystko beznamiętnie się odbyło, że nawet kolęd zabrakło.
Chciałam, żeby Nina zawsze miała piękne i wzruszające święta...i wierzę, że takie jeszcze będą. Ale już nie będziemy ich spędzać w Londynie!

środa, 15 grudnia 2010

Idzie nowe...



...a raczej nowsze i nowsze każdego dnia!
Zadziwia mnie codziennie to, jak szybko i jak niesamowicie Nina się rozwija. Tak, wiem, że to cecha wszystkich dzieci, ale ja mam jedno i właśnie ono mnie zadziwia!:)
Są rzeczy, których ona nie chce sobie przyswoić, bo z jakichś względów jej nie pasują, ale za to inne łapie w lot i szokuje mnie niespodziewanym użyciem.
Przykład:
Nina leży na przewijaku (jeszcze się mieści, choć już mocno wystaje), zmieniamy pieluchę (czyli "popę"). Po przewinięciu zakładam jej skarpetki, mówię:
-Nina, jedna noga raz, druga noga-dwa...
A ona na to:
-Tsi! (trzy)
To było parę dni temu, i od tej pory za każdym razem gdy ktokolwiek rozpoczyna liczenie głośne, Nina uzupełnia o "trzy".
A dziś asystowała mi przy odmierzaniu mleka na noc. Liczyłam, ostatnią siódma miarka wylądowała w butelce. Po moim glośnym "siedem", Nina wpatrzona niczym sroka w gnat w miarkę wykrzyknęła radośnie: -Sie-em!

Dobry znak, liczenie idzie jej nieźle, więc może dojdzie do obrzydliwego bogactwa prędzej niż pechowi nadal w tym względzie rodziciele:)

I jeszcze pro-krysmasowe zdjęcie, w duchu: "-No to co robimy z tymi bombkami?Bo zjeść się tego nie da mamo, sprawdziłam!"


poniedziałek, 29 listopada 2010

Spać...a cóż to znaczy?

Maluch ucina sobie poobiednią drzemkę, a ja zamiast pójść w jej ślady,zajmuję się milionem innych, nie cierpiących zwłoki spraw, no bo jeśli nie ja, to kto-i jeśli nie dziś, to kiedy? Jutrzejsze będą jutro,a dziś są jeszcze wczorajsze i przedwczorajsze...mentalnie czuję się nieco jak ten głupkowaty chomik, zmuszony ewolucyjnym imperatywem gnać bez wytchnienia po kółku-karuzelce. Cóż, los kobiety polskiej, na barkach której spoczywa los Wszechświata i własnej rodziny;)

To, ze od 16 miesięcy nie śpię, to pikuś,można się przyzwyczaić-tylko rodzi się w głowie takie marzenie czasem: położyć się w białej, pachnącej lawendą pościeli, w białym pokoju z drewnianą podłogą, przy otwartym oknie, przez które wpada zapach kwitnących bzów i jaśminów. Jest cisza, która otula głowę kokonem niczym poduszką...i zapadam w otchłań tej ciszy i zapachu...ech.

A dzisiejszej nocy, kiedy już się położyłam (miałam zamiar przed północą, ale wyszło jak zwykle), i już zaczęłam dryfować w stronę snu, Nina zaczęła pokwękiwania swe, do których dołączył jej szanowny ojciec, którego męczyły jakieś boleści brzucha. No więc kolebałam się tak między pokojem małej (podać smoczka, przykryć, odkryć, pogłaskać po głowie, włączyć pozytywkę, podać Sowę Filifionkę, odkryć, zabrać smoczka, podać smoczka, poklepać po plecach...etc), a naszą sypialnią, gdzie na łóżku wił się cierpiący i wierzgający Paweł (przynieść wody, znaleźć krople żołądkowe, podać tabletki przeciwbólowe, uchylić okno, przykryć, odkryć, spróbować przykryć siebie, spróbować zasnąć wśród boleściwych jęków i wierzgnięć...)...

Ok 5 rano przyłapałam się na tępym wpatrywaniu się w ścianę na korytarzu między pokojami. Mayday, Houston, mayday...

niedziela, 28 listopada 2010

Bilans 16 miesięcy

ha, zabrzmiało poważnie...ale też i poważne zmiany nastały, choć raczej jakoś tak niezauważalnie i naturalnie.
Nina 4 grudnia skończy 16 miesięcy, i choć żadna to wytyczna do czegokolwiek, dla nas dość istotna, bo oto, kończąc tyle właśnie miesięcy, żaba nasza:

-chodzi!!!-zaczęła niedawno i nieśmiało, potem jakby się jej odechciało, opadły nam skrzydła nadziei, aż tu nagle 3-4 dni temu coś jej się przestawiło, wstała, i odtąd rundki na dwóch nogach swych chudzinkowych uskutecznia po całym dostępnym sobie areale. Czasem się zapomni i pociśnie na siedząco, szczególnie gdy się bardzo śpieszy, ale mogę śmiało uznać, ze era homo erectus nastała w pełni.

-zęby ma-wszystkie. tak tak, wszystkie. No może jakiegoś trzonowca gdzieś z tyłu brakuje, ale ciężko ten brak zauważyć.

-jest papugą i katarynką, co oznacza, ze nieustannie ćwiczy swe zdolności oratorskie. Mówi dużo, często i chętnie, szybko uczy się nowych słów, i nawet jak nie potrafi ich powtórzyć, rozpoznaje i pokazuje.
No geniusz, prawda?:D


I jeszcze żeby tylko zechciała pojąć koncepcję nieprzerwanego snu nocnego...

poniedziałek, 15 listopada 2010

Niny miny i takie tam

No więc tak, chodzenie postępuje-ryba teraz coraz częściej puszcza się (uwielbiam to sformułowanie) bez proszenia i kuszenia, i nawet nie czekając na oklaski rusza do przodu, ostatnio nawet prawie-biegiem:)
Miny stroi przednie!



Kolejną umiłowaną czynnością jest remanent w szufladach w kuchni, namiętnie przeprowadzany przy każdej sposobności (to jest, kiedy mama jest w kuchni w jakimkolwiek celu!). Najwyraźniej aranżacja wnętrza szuflad fascynuje ją bez reszty-wczoraj na przykład swoje miejsce znalazł tam mój but przywleczony z korytarza. Wiadomo, że buty najlepiej czują się wśród przypraw!




A poza tym byliśmy wczoraj całą trójką na Hammersmith, rozejrzeć się trochę po sklepach, no i celem zjedzenia w chińskiej restauracji ("restauracja" to trochę słowo na wyrost, ale niech mają;). Na rybie naszej chiński bufet specjalnego wrażenia nie zrobił, ale trochę makaronu kung-fu pochłonęła:)



Pogoda zaś robi się z dnia na dzień coraz podlejsza, chyba czas zacząć tęskne odliczanie do wiosny...

środa, 10 listopada 2010

Jesienna rozpierdzielucha oraz pierwsze kroki

Chciałam napisać "spleen", ale zabrzmiałoby to zbyt górnolotnie i młodopolsko, a przecież chodzi o zwykłą porutę jesienną, która ogarnia naród od wewnątrz i od zewnątrz.
Od zewnątrz to wygląda tak, że jakaś anarchia przejmuje panowanie-nasz stary dom przy Greenford Av., gdzie dotąd mieszkają nasi dawni współlokatorzy (w tym ciocia i wujek Niny), został wczoraj ograbiony-złodzieje weszli od strony ogródka, w biały dzień, kiedy wszyscy byli w pracy. Wyczyścili wszystkie pokoje niemal z każdej cennej rzeczy.
Na samą myśl słabo mi się robi...
A w ubiegły weekend zdemolowano 6 aut (sześć!) stojących przed domami przy ulicy rownoległej do naszego cul-de-sac. Wybite szyby boczne, przebite opony, wyrwane lusterka. Dodam, ze to bardzo krótka, rezydencjalna ulica, wiodąca do głównej (gdzie z reguły wszelkie ekscesy mają miejsce).

No i co z tego, ze mieszkamy niby na uboczu i płacimy sobie ubezpieczenie zawartości domu...? Dzieje się chyba coraz gorzej i w zasadzie strach wyjść z domu do sklepu, bo nie wiadomo, co się zastanie po powrocie:/

Poza tym jesień w całej swej paskudnej okazałości rozłożyła się na dobre-jest zimno, mokro, szaro i ponuro. Z łóżka się wstawać nie chce, i gdyby nie pewne małe stworzenie, pewnie by się nie wstawało do południa.

A propos stworzenia-dokladnie 7 listopada Nina poczyniła pierwsze kroki-to znaczy, z pozycji stojącej (a które to wstawanie bez podpórki ćwiczyła od jakiegoś czasu) zrobiła kilka małych, koślawych ale najpiękniejszych w świecie kroczków. Zakończonych radosnym wpadnięciem w ramiona me.
I tak od tej pory kilka razy dziennie sobie drobi, tyle że trzeba rozpościerać się przed nią, by miała gdzie wpaść.
Czyli prawie-chodzi. Tak, wiem,inne dzieci zaczynają w wieku 9 miesięcy, ale moja ryba jest wyjątkowa i uznała, ze właśnie 15 miesięcy to dobry czas na ostrożne sprawdzenie o co chodzi z tym, nomen omen, chodzeniem.
Jako bonus zaczęła też zauważać, ze to właśnie stopy odgrywają dość znaczącą rolę w życiu homo erectus
-stopy, czyli nogi zyskały teraz zaszczyt bycia nazywanymi. Noga, czyli "doda!" (bo Nina wszystko mówi z wykrzyknikiem).

piątek, 5 listopada 2010

Kakofonia

ale nie nasza, tylko ogólnonarodowa.
"Remember remember, the fifth of November"...przypomniałam sobie, że to dziś ogniskowo-fajerwerkowe święto tubylcze, gdy wzmiankowana kakofonia wybuchających sztucznych ogni zaczęła mi zagłuszać myśli.Czyli jakieś dwie godziny temu.
Koszmar-a już miałam nadzieję, ze w naszym zacisznym prawie-zadupiu będzie jednak spokój.
Dziwię się, ze Nina śpi i nic sobie z tego nie robi-oby odziedziczyła obojętność na hałas po swoim ojcu!
Matka zdecydowanie przykładem nie jest, skoro jej nawet koty tupią w nocy;/

A to dopiero początek fajerwerkowego sezonu-dziś Bonfire Night, za parę dni hinduskie Divali trwające kilka dni; a jeszcze przecież przed nami muzułmański Ramadan (tez sobie lubią postrzelać) no i nasz stary dobry Nowy Rok.
Ech, życie w wielokulturowym społeczeństwie nie zawsze usiane jest różami...a z pewnością nie pod koniec roku!
Jakoś trzeba będzie zdzierżyć.

Ku pokrzepieniu ducha złota myśl łacińska z mojej magicznej książeczki, wybrana drogą losowania jak zwykle:

"Sustine et Abstine!"-Cierp i panuj nad sobą! by Aulus Gellius. Najwyraźniej dewiza stoików. No jak w pysk strzelił pasuje:)

wtorek, 2 listopada 2010

Żaba moja kochana!

Zdałam sobie sprawę ostatnio, że moje posty dotyczące Niny to w dużej, za dużej mierze narzekanie. A przecież wcale nie jest tak, że nasza codzienność to nieustanne zmagania-co się ze mną dzieje?! Dobra, wirtualny plask w policzek i zmiana kursu-koniec od dziś z rozsiewaniem błędnego wrażenia.
Bo-owszem, bywa ciężko, bywa nieznośnie, ale przecież to całkiem normalne jest, w końcu dziecko żyje, czuje i kontestuje.
A Ninulek wcale pod tym względem nie odbiega. I mimo wzmożonej ostatnimi czasy kontestacji, jest słodka i cudowna.
Jest!
Ostatnio ulubiona aktywność-przeglądanie grubaśnego katalogu Nexta i głośne oznajmianie, co widzi:
-Paa! ("pan"-czyli facet młody;)
-Lala! (młoda kobieta)
-Bo! ("boy"-chłopiec; używamy "boya" w zastępstwie "chłopca", bo łatwiejszy:)
-Dzjeda! (dzidzia-male dziecko)
-Baba! (starsza pani)
-Dede! ("dziadek"-starszy pan)
-Pupi! ("buty")
-Tjaki! ("kwiaty")

Ostatnio też nauczyła się wymawiać swoje imię-Ina!Ina!-koniecznie podwójnie.
No i jak tu nie wielbić...??

niedziela, 31 października 2010

Podmienione dziecię


Tak sobie myślę ostatnio, ze krzywa mina i fochliwość niebywała Niny to chyba rezultat jakiejś podmianki.
To, ze stanowcza się zrobiła, i na przykład bardzo podstępnie trzeba podejść do akcji odebrania jej pilota na przykład, to nic, to normalne.
Ale zaczęła akrobacje wyczyniać przy ubieraniu/przebieraniu/zmianie pieluchy-tak, że na płasko położyć się jej nie da. Zapasy w kisielu jak nic!
Albo przed snem wypicie mleka teraz...albo wyjście z wanny...dźwięki i spazmy jak przy obdzieraniu żywcem ze skóry połączone z torturami na kole.
A tak było miło przy powyższych czynnościach niedawno...jeszcze tydzień temu leżała sobie na przebieraku grzecznie i dyskutowała z misiem albo ze mną, śmichy-chichy były i luz.
Teraz ja się zimnym potem oblewam na myśl o zmianie jej pieluchy. Niedługo chyba sama zacznę pieluch potrzebować!

Ale, ale...ten mały ciepły łebek złożony na moim ramieniu tuż przed położeniem do łóżeczka, i ta podpowiedź subtelna: "A-aa!" (żeby śpiewać o kotkach kołysankę)-jakoś niweluje efekty podmianki. Jak już dotrwam do wieczora:)

sobota, 23 października 2010

Sobota pod znakiem krzywej miny

A tak, dziś była ze mną panna Maruda. Od jakiegoś czasu jest także znowu Nocną Marudą,a le żeby jeszcze w dzień matkę zarzynać żywcem...litości kochana, litości!

Choć poniekąd ją rozumiem.
Tyle ciekawych rzeczy się dzieje wokół, tyle można by zobaczyć-gdyby się wyższym, większym, szybszym było...a tak, zanim dotelepie się człowiek (no, mikro-człowiek) do drzwi na ogródek, już je zasuwają, że niby mokro tam i zimno...a jak coś na kuchence bulgocze, to też ręki tam wetknąć nie można, bo za wysoko! A takie dźwięki ciekawe!
No to trzeba spróbować jedynego działającego czasami sposobu-uwiesić się kolan mamy , wyciągnąć ramiona w górę dramatycznym gestem i przybrać ten błagalno-rozpaczliwy wyraz twarzy. Nie od rzeczy jest też rzucić spojrzenie zranionej sarny oraz wydać zestaw dźwiękowy "A". (zestaw "B" zachowujemy na chwile prawdziwego alarmu, ma on specjalne, wzmocnione zasilanie).

Nie zmienia to faktu, że mama ledwo żywa, a na dodatek tata stwierdził dziś, ze zbyt małej pobłaża. Było to przy kolacji, Nina koniecznie chciała odebrać tacie widelec, nie odpowiadało jej, ze sama dostała plastikowy. Oczywiście nie dała sobie przetłumaczyć, ze duży metalowy widelec takiemu maluchowi może oczko uszkodzić czy też podniebienie. Więc nastąpiła seria ryków protestacyjnych. Wtedy tata stwierdził, ze mama dziecię rozpuszcza.I ze gdyby to on z dzieckiem sam pobył przez dwa dni, dziecko znałoby przysłowiowy mores.

Tak. Albowiem tata posiada magiczne moce. Wystarczy, że powie dziecku: "Nie kręcimy pokrętłem od gazu, to niebezpieczne" i dziecko pojmie od razu ogrom niebezpieczeństwa. Zasady savoir-vivre`u przy stole również przyswoiłoby sobie w ciągu jednego popołudnia.
Zachowałam dla siebie litościwą uwagę, ze uciekałby gdzie pieprz rośnie lub wzywał pomocy jeszcze przed południową drzemką...

Myśl łacińska na dziś, bo dawno nie było-wybrana na chybił trafił:

"Quomodo fabula, sic vita: non, quam diu, sed quambene acta sit, refert
" (Z życiem , jak ze sztuką w teatrze: ważne nie jak długo trwa, ale jak jest zagrana)-by Seneka.
Bardzo ładnie, panie Seneka, i jakże trafnie!

A dodam jeszcze na koniec zdjęcie naszej całkiem nowej ciągle jeszcze chusty z edycji limitowanej Girasola. Oto Santa Fe, w duecie z Ninulową lalą od cioci Asi z Paryża-to już rok Asiu! Specjalnie dla Ciebie kochana-trafiłaś kolorystycznie w 10, choć taka chusta jeszcze się nawet tkaczom w Gwatemali nie śniła wowczas:)

środa, 20 października 2010

Sesja paszportowa

Ponieważ mam zamiar wybrać się w końcu do polskiego konsulatu po nowy paszport Niny, zrobiłyśmy dziś małą sesję na sofie. Oczywiście Niny nic absolutnie nie zajmowało innego poza posłusznym pozowaniem, żadne grzebanie w portfelu, czytanie książeczek, strojenie głupich min, ależ skąd...nabożne skupienie li i jedynie!







Ale jakieś udało się pstryknąć mniej więcej w paszportowym trendzie-we`ve got the winner:



(Urzekająca fryzura a la Piast Kołodziej to rezultat wczorajszego podcięcia grzywki, która już się maluchowi ewidentnie między siekacze pchała.)

A tu jeszcze pierwsze zdjęcie paszportowe młodzieży, sprzed roku nieco ponad, gdy miała 6 tygodni-śmieszny mały kosmita!

niedziela, 17 października 2010

Katar-zis trwa

A tak, Nina nadal zasmarkana, choć jakby mniej nieco. Słońce nawet dziś zaświeciło, więc wyszła z tatą rano na zakupy (tak tak, sam z siebie zaproponował, że ją zabierze!), ja w tym czasie asystowałam landlordowi w zaklejaniu dziur w panelach w łazience-tzn. ja zajmowałam się swoimi sprawami na dole, on balansował na wannie w łazience.
Istnieje w związku z tym szansa, że sufit w salonie na dole nam się nie zwali na głowy od nadmiaru cieknącej podczas prysznicowania wody.
Pozostaję niemniej w nieustannym zadziwieniu nad ulotnością angielskiego budownictwa...

Po południu wyszłam i ja z Niną na chwilę, głownie po to, by w słonecznym blasku sfotografować Azura Izy-Tsumiko, który u nas gości. Zdjęcia popełnił Paweł, więc są, jakie są...;)






A tu azurek cyknięty przeze mnie wczoraj-toż to prawdziwy worek na ziemniory!

środa, 13 października 2010

Spadanie w dół

Hm, a można w górę spadać...? pewnie w stanie nieważkości tak. Uznaję, że macierzyństwo jest stanem nieważkości. Nigdy nie wiadomo, gdzie góra a gdzie dół, no i jak by tu stanąć wreszcie na nogi...

Ninę zaatakował dziś katar. Zaczęło się od kilku niewinnie wyglądających pociągnięć nosem i kichnięcia, ale ja już wiedziałam, że będzie źle.
No i jest.
Czas drzemki spędziła właśnie na rykach w łóżeczku i poza nim (to jest na moich rękach opadających do samej ziemi), a to przecież tylko preludium, bo czekają mnie (tak, mnie, nikogo innego) tym samym 2 tygodnie katarowego koszmaru, oznaczającego nieustanny ryk, niemożność jedzenia i jeszcze gorsze niż normalnie spanie. A właściwie, brak spania. Już dziś w nocy miałam przedsmak, mimo że kataru nie było, ale z jakiejś przyczyny mała uznała, że fajnie będzie budzić się co godzina (i mnie tym samym).

Nie śpię od 14 miesięcy. Czy możliwe jest w takim stanie życie z celem na horyzoncie i niestrzelenie sobie w łeb?

.....................................................................................

Za moment północ, Nina budzi się co 30 minut, płacze przez 15, zasypia, i tak w kółko. A ja oczywiście biegam utulić, bo cóż więcej mogę zrobić z jej przeszkadzającym spać katarem? Kominek z olejkami płonie, maść majerankowa pod nos zaordynowana, cóż więcej?

Myśl na dzisiaj z mojej "Łaciny na co dzień":Ergo bibamus!
A więc pijmy. Dziś lampka czerwonego wina. Ci Rzymianie mieli jednak rację w tylu sprawach...

czwartek, 7 października 2010

Seszele

Marzą mi się, marzą...i na razie w sferze marzeń pozostaną.
Zadowolę się więc chustą pofarbowaną w kolorach seszelskiej plaży. Taki erzac na chwilową niemożność-Zara Seszele.
A wyszła nawet nieźle-gradacja równa i gładka-wreszcie!







Na farbowanie załapał się też wiskozowy szal:

poniedziałek, 4 października 2010

Krysmas się zbliża;)

Sąsiad Gienek (no dobra, Eugene...) wraz z rodziną doszedł najwyraźniej do wniosku, że czas się już szykować do świąt, i w tym celu okno przy wejściowych drzwiach swych przyozdobił wybitnie świąteczną dekoracją w postaci brodatego Mikołaja i dzwoneczków.
No to skoro święta idą, prezenty czas zacząć kupować...znalezione dziś w nieodległym sklepie buty dla -najprawdopodobniej-Nawojki:

niedziela, 3 października 2010

Zyj kolorowo...

Wczoraj wreszcie udało mi się sfinalizować farbowanie chusty-pozazdrościłam chuściarom gradacji i postanowiłam sama sobie zrobić, mając w zanadrzu didymosową bladą Chiarę oraz barwniki Procion.
Po dwóch wieczorach spływania potem w ciasnej, pozbawionej okna łazience, z oparów malinowego różu i czekoladowego brązu narodził się smakowity Mus Czekoladowy, Z Malinami oczywiście:





Wygląda pięknie, choć, zmuszona dosłownie WYMYŚLIĆ instrukcję farbowania metodą gradacji (w internecie nie znalazłam, choć szukałam wieki całe), popełniłam kilka błędów w trakcie farbowania czekoladowej połowy; teraz już jednak wiem, czego NIE robić następnym razem. A następny raz się odbędzie, bo farbowanie wciąga!
Jest to, jak by nie patrzeć, coś twórczego...

Tymczasem Nina wczoraj zakomunikowała mi swoja potrzebę łącząc dwa znaki migowe-mianowicie chęć na mleko. Pokazała rączkami (obiema!) symbol mleka, po czym wskazała na siebie paluszkiem. I tak kilka razy: "mleko" + "ja" (w domyśle: "chcę"). Muszę przyznać, że byłam potężnie zaskoczona-to prawie jak wypowiedzenie się całym zdaniem!:)
Jeszcze na koniec zdjęcie z wczoraj-jakoś tak różowo nam ostatnio (a ja tak nie znoszę różu!Wot, zagwozdka...)

czwartek, 30 września 2010

Pierwsze kroki


Nie, nie założyłam własnej firmy ani nie wpadłam chociażby na żaden genialny pomysł, w końcu notatnik przy łóżku jest ich pełen, heh...
Ale zaczynam od uporządkowania codzienności-żeby zrobić przestrzeń dla NOWEGO.
No więc trzeba posegregować wszystkie papiery, papierzydła, rozpychające się w szafce z dokumentami, a także całkiem bezwstydnie poza nią; trzeba też wreszcie bieżące sprawy odnalezione w papierach pozałatwiać, żeby już nie straszyły piętrzącymi się kolumnami na żółtych karteczkach "Post it"
To jest zmora mojego chaotycznego nieco podejścia do domowej biurokracji-zakładam zawsze stosowne teczki i oznaczam odpowiednio poszczególne katalogi w foliowych "koszulkach"-żeby wiedzieć, co gdzie i do czego, rzecz jasna. Jest więc teczka pt. "Elektryczność", jest "Toyota" (a kiedys byla i leży ghdzieś obecnie na strychu teczka "Ford", a jakże), jest i "Konto kredytowe-O." (i osobna: "Konto kredytowe-P." oczywiście...), jest cały osobny segregator z papierami Niny, są nasze zdrowotne i ubezpieczeniowe katalogi...jest wszystko, tak. Od zawsze, w każdym kolejnym mieszkaniu, z każdą kolejną rzeczą i zjawiskiem pojawiającym się w naszym życiu i wymagającym uporządkowania.
A mimo to co jakiś czas nagle okazuje się, ze sterty papierów piętrzą się na biurku niemal po sam sufit; że nie można czegoś odnaleźć mimo ze na pewno przyszło zaledwie tydzień temu, otwierałam kopertę, pamiętam, przybrudzona była...no tak, może akurat wyjmowałam zakupy z koszyka, gdy listonosz wrzucił pocztę, i może pismo położyłam na lodówce?...
Więc potrzeba domowo-biurokratycznych porządków cyklicznych pojawia się co jakiś czas, nieubłaganie. Teraz też.
Zrobię więc to znów, ale tym razem papierzydłowe porządki upłyną pod hasłem odgruzowywania. W stronę jaśniejącej przyszłości tak...

Jeśli zaś chodzi o od-forumową separację, tęsknię za dziewczynami z Lipcówek. Zupełnie jakbym je znała osobiście, realnie, a przecież tylko jedną-Anię spotkałam na żywo. No tak, ale to nie jest zwykłe forum...cała reszta jest mi obojętna, nawet Rodzicielstwo Bliskości, które wymyśliłam i założyłam wespół-zespół z Martą T. Wiedziałam jednak, ze formuła otwartego forum się nie sprawdzi -dla mnie się nie sprawdzi, rzecz jasna, ale ja jestem dziwak.
Co potwierdza test, który sobie dziś poczyniłam w ramach auto-definicji:
http://www.enneagram.pl
Byłam szczera wobec siebie, z całym tym okrucieństwem jakie szczerość wobec siebie wymusza.
Wyszło na to, ze jestem 4. A dokładnie 4 ze skrzydłem w 5.
4w5.
Na razie analizuję sobie jeszcze ten opis.

wtorek, 28 września 2010

Reload


Postanowiłam na serio odciąć się od forów, tych gazetowych szczególnie.
Zabierają mi czas, energię i szargają nerwy. A ja jestem jak jajko-na wierzchu skorupka niby twarda, a w środku same gluty. Skorupkę łatwo poobtłukiwać, gluty łatwo wylać...a nie lepiej, by się jednak z nich coś ulęgło??

Żal niektórych wirtualnych miejsc, żal pewnych osób, ale chyba pora już ruszyć z kopyta.
Jestem pasywna, jestem wypalona, jestem wydrążona. I jest to tylko i wyłącznie moja własna "zasługa", nie próbuję nikogo ani niczego obwiniać.
W ramach odrodzenia więc, zatrzaskuję większość wrót (starając się jednakowoż nie palić wszystkich mostów, nigdy nie wiadomo, jak to na tych nowych pastwiskach będzie...), przywdziewam hełm i ruszam....może na początek niezbyt szybko, co by karku nie skręcić.

poniedziałek, 27 września 2010

Jesień-wrzesień

Idzie jesień i nie można się już łudzić, ze przyjemna pogoda zostanie mimo wszystko na dłużej...nie ma szans na krótki rękawek w październiku, jak w ubiegłym roku.
Wtedy pogodę ledwo zauważałam, z oczywistych powodów...
Przypominam sobie jakim to maluchem malutkim prawdziwym była świeżynka Ninulec wtedy-spacerowała z matką swą przez baby-bluesa zdominowaną po Bunny Park.






A teraz też spacerujemy, z tym że niestety rzadziej już tak długo (dlaczego??), no i po innym parku, Ravenor zwącym się. Taki to los nomadów bez stanu posiadania.
A Ninulec-maluchem maluteńkim już nie jest:








Ten profil pucołowaty rozczula mnie niezmiennie.

Z nowości: dziś postanowiłam nieśmiało rozejrzeć się za żłobkiem-dlaczego napisanie tego słowa wywołuje u mnie ścisk żołądka??Nie chce się z nią rozstawać, nie chcę jej "oddawać" nigdzie, nawet na kilka godzin...ale muszę już, MUSZĘ zacząć zarabiać, choćby grosze.
Ale w porządku, na razie tylko rozeznam się w sytuacji.

niedziela, 26 września 2010

E tam

Czyli nic się nie dzieje ciekawego, godnego uwiecznienia...tylko rozdrażnienie mi się powiększa, o.
Tata u nas weekenduje, do jutra aż, wiec pojechaliśmy na chwilę na Ealing coś tam załatwić; skorzystałam z okazji i nabyłam pannie N. kilka par body z długim rękawem, bo z pogodą ewidentnie nie ma już żartów.
W ramach rozdrażnienia nafukałam na faceta, który miał czelność władować się do Costy w momencie, gdy ja z wózkiem byłam już w połowie na zewnątrz. Przeprosił, stwierdził, że zamyślił się i nie zauważył nas-ale zanim doszedł do głosu, ja już zdążyłam nafukać.Ech, samej siebie mi żal-czuję się jak obalona ręką Niny wieża z klocków. I nawet costowa latte już nie smakuje tak, jak powinna smakować...

A propos Niny-zaczęła całkiem śmiało sobie poczynać z przesuwaniem się w pozycji stojącej, oczywiście nadal trzymając się tego czegoś, wzdłuż czego się przesuwa, ale jednak; zdarza się jej nawet trzymać tylko jedną rączką.
W samą porę, bo oto dochodzą nas słuchy, że Adelka w Ch. awansowała już do tytułu homo erectus, a umówmy się, ze jej do pierwszych urodzin w styczniu jeszcze sporo brakuje.

sobota, 25 września 2010

Prawie, prawie...

Wczoraj zajrzałam sobie na pocztę moją rzadziej obserwowaną, i znalazłam świeżego maila od Kasi. Zaprosili mnie z Niną do siebie do Stanów na dwa miesiące-oczywiście musiałabym postarać się o wizę (pikuś;), ale poza tym zaoferowali nawet zakupienie biletu.
Rozryczałam się wewnętrznie.

Drugi paszport Niny ciągle w fazie produkcji, obecnie na etapie składania papierów o wydanie polskiego aktu urodzenia w nowosolskim USC. Oczywiście, nie ma takiej mocy na Ziemi, by wszystko jakoś sprawnie i szybko poszło-oto mama przysłała mi jakiś papier do podpisania, bo na angielskim akcie urodzenia Niny był "błąd", czyli nazwisko matki jedynie panieńskie, podczas gdy obecnie matka ma panieńskie plus odmężowskie. I nic to, ze do aktu brano nazwisko z paszportu. Teraz trzeba zawirowanie z nazwiskiem matki odkręcać, co by nie było najmniejszych wątpliwości, ze to ja właśnie, a nie inna AC ją urodziła i wychowuje.

No więc siedzę i płaczę, bo mimo ze pobyt u Gonzów zawierałby w sobie element kilkugodzinnej opieki nad trójką maluchów (mam wprawę z Ch.!), to poza tym przecież...ech, przygodo, żegnaj przygodo....

poniedziałek, 20 września 2010

Motywacja

W jednym z odcinków mojego ukochanego, powtarzanego nieustannie w prywatnym kinie domowym Archwum X usłyszałam dziś tekst mniej więcej takiej treści:

There are three kinds of people:
Them who make things happen.
Them who watch things happen.
And them who wonder what happened.



Trzeba się postarać, by jednak być w tej pierwszej kategorii wreszcie!

Dorzucam jeszcze zdjęcie Ninulka z dzisiejszego wieczornego spaceru po parku-bo potem rozpętało się telefoniczne piekło z wyrzutami w tle, o którym nie warto nawet myśleć...

niedziela, 19 września 2010

Dzień figowy



Dziś pogodowo było tak sobie, ale wyszłyśmy z Niną na poszukiwania kurczaczego zezwłoku na okoliczność rosołu dla taty Niny. W sumie ekonomiczna zupa, bo z dzisiejszego rosołu jutro będzie szczawiówka albo pomidorówka.
Mama Niny zaś, jako chlorofilofil, spożyła duszone na oliwie warzywa.
A Nina....Nina oszalała na punkcie fig.
To ciekawe, stroniłam zawsze od nabywania tych owoców, odstraszona ich smakiem (i słodyczą!) w wersji suszonej. Tymczasem świeże są piękne, soczyste, słodkie umiarkowanie i bardzo smaczne! Kupiłam kilka dla ozdoby owocowej misy i wpadłam w fioletową otchłań smaku. Obie wpadłyśmy, zamotane dla wzmocnienia efektu w Zarę Tri-purple, której koloru co prawda nie widać na poniższym zdjęciu, ale ...tak właśnie dziś, otulone figowym smakiem, wyglądałyśmy...



O Zarze i innych chustach będzie jeszcze, bo to temat-rzeka, i właściwie obawiam się, że ciężko będzie z niej wyjść.

piątek, 17 września 2010

Nic wielkiego

Odezwał się do mnie kilka dni temu Jarek, który, jak się okazuje, kopie w ekipie prof. Myśliwca w Sakkarze, w Egipcie. Dziś też rozmawialiśmy. Poprosiłam go o kurtuazyjną pocztówkę z kraju faraonów, ale stwierdził, ze najbliższą pocztę znajdzie chyba w Kairze- w okolicy nie ma oczywiście niczego tak zbytkownego, a i miejscowi wieśniacy zapewne o poczcie nigdy nie słyszeli.
Wobec tego zadowolę się piaskiem saharyjskim w charakterze pamiątki, ale nie mogę łobuzowi w tej kwestii zaufać-pewnie zostanę obdarowana kilogramem piasku z krakowskiego placu zabaw jego synka.
Ale ogólnie miło, ze sobie przypomniał o moim istnieniu.
Jego obecna lokacja przypomniała mi o tym, ze i Bystronik chyba nadal nie wróciła z Catal w Turcji, gdzie kopią z Davidem już od dłuższego czasu.

A to wszystko prowadzi do poważnego kryzysu tożsamości (mojej)-jako osoby bądź co bądź również zawodowo zajmującej się "grzebaniem w starych kościach i skorupach", jak to kiedyś określiła siostra ma.
Tyle że do grzebania chyba tak szybko nie powrócę....ech, ale w porządku, za kilka lat umarli przed wiekami nadal nigdzie się nie będą wybierać. Jeszcze ich dopadnę!

Tymczasem opracowuję bezskuteczne strategie wieszania prania w ogródku bez ryzyka potknięcia się o małą "bum shufflerkę". Bardzo bezskuteczne.





czwartek, 16 września 2010

Dobre Życie


A więc tak, znów powraca to przemożne poczucie stagnacji i rutyny. To jak "dzień świstaka"-budzenie się każdego dnia ze świadomością, że nie zdarzy się nic zaskakującego, fascynującego, innego...Że znów przejść trzeba będzie od punktu A do punktu B dokładnie tymi samymi ścieżkami, aż do złożenia głowy na poduszce późną nocą. A ze ścieżek nie ma sensu zbaczać, bo nadrabianie strat zajmuje zbyt dużo czasu i energii, a przecież są rzeczy i sprawy, które należy wykonać, nawet jeśli się nie poświęca im zbyt wiele myśli w trakcie wykonywania. Trzeba zrobić śniadanie dziecku rano, a później po nim posprzątać; trzeba z dzieckiem się pobawić, pobyć aktywnie-i to są,czasem nużące, ale ciągle słodkie momenty...a poza tym, wiadomo, tu kurze zetrzeć, tam pranie zrobić i rozwiesić; w czasie gdy dziecko śpi przed południem, może coś samemu zjeść, kawy się drugiej napić, pocztę sprawdzić, poczytać coś...ale nie, bo już mała nie śpi. Więc potem obiad dla dziecka, spacer, potem gdzieś przedzwonić, jakiś formularz wypełnić, a potem już popołudnie i tańczymy do Fijacion Oral, szykując się do drugiej drzemki....A później trzeba obiado-kolację zrobić jakąś, no bo
a) nieprzyzwoicie byłoby powracającemu po całym dniu pracy łowcy mamutów zaoferować szklankę herbaty li i jedynie,
b)chociaż tak to uczucie okazać można, gdy słowa więzną w gardle,kiedy pierwszoplanowa rutyna i zmęczenie powalają na łopatki.
A wieczór już puka do drzwi, jeszcze chwila bycia razem przy jedzeniu, jeszcze moment zabawy taty z małą, potem kąpanie jej i usypianie...no i jeszcze ogarnąć dom przed nocą, jeszcze parę drobiazgów, może kawałek wspólnie obejrzanego filmu.
I już punkt B, znak "Stop" i głowa na poduszce.
Znowu nic się nie zmieniło...i tylko w środku szamotanina jakaś się rozlega, jakieś trzepotanie skrzydeł.

Ale miało być o dobrym życiu. Dobrym. Więc przypominam sobie, luźno tłumacząc, gdyż polskiej wersji nie posiadam-słowa Helen Nearing:

1. Postępuj najlepiej, jak potrafisz.
2. Bądź pogodzona/y z sobą.
3. Znajdź pracę, która przyniesie ci radość.
4. Żyj w prostych warunkach, pozbądź się niepotrzebnych gratów.
5. Obcuj z naturą każdego dnia: poczuj ziemię pod stopami.
6. Ćwicz poprzez fizyczny wysiłek: pracuj w ogrodzie, spaceruj...
7. Nie zamartwiaj się: przeżywaj każdy dzień.
8. Dziel się czymś każdego dnia z kimś innym-napisz list, oddaj coś zbędnego, pomóż komuś.
9. Włóż wysiłek w zachwycenie się światem i życiem; spróbuj dostrzec zabawną stronę życia.
10. Dostrzeż jedność życia we wszystkich rzeczach.
11. Bądź dobry/a dla wszystkich istot.


Można by rzec: 11 Przykazań Dobrego Życia. Chcę spróbować dostrzec w nich sens.

środa, 15 września 2010

Brzoskwiniowy odjazd

W nocy przyjechały do nas brzoskwinie. Z Polski przez Germanię, a potem całą Europę i pół Wielkiej Brytanii. W końcu, wracając z Birmingham, zahaczyły o zachodni Londyn, gdzie zostały przechwycone i z lubością skonsumowane.
Nie wszystkie, rzecz jasna, ale sporo od razu...a reszta dziś wylądowała w postaci musu w zamrażarce, jako zimowy Ninulowy dodatek do porannej owsianki.




A poza tym Ninul zaszczepiony dziś został, chyba po raz ostatni na długi czas. Nie licząc oczywiście odry i świnki, ale te atrakcje zostawiamy sobie na pobyt w Polsce, gdzie nabędziemy oddzielne szczepionki. Na pohybel koncernowi...wiadomo jakiemu!

wtorek, 14 września 2010

Wańka-wstańka

Teraz jest czas wstawania, podciągania się, i wstawania, wstawania, wstawania...łóżeczko świetnie się nadaje do wstawania, i sofa, i krzesło przy komputerze, ława, nogi mamy - szczególnie gdy w kuchni robi coś przy kuchence!-i sama kuchenka też świetnie się sprawdza jako stacjonarny balkonik.
Ba, nawet schody na górę wabią nieodpartym urokiem świetnie wyposażonej siłowni:)
Na dowód kilka kiepskich zdjęć zrobionych bardzo szybko i bardzo nieuważnie, ale czasu nie było na dostosowanie ustawień, bo wańka-wstańka jest szybsza niż błyskawica!








A uśmiech szelmowski wygląda tak: