środa, 27 marca 2013

Wiosna jakby....


Zdaje się, że zaledwie wczoraj zamieściłam ostatni post;) Jedyne moje usprawiedliwienie to, jak zwykle, wrodzone lenistwo i odkładanie wszystkiego na później. Wewnętrzna deklaracja "nadgonienia", uzupełnienia, ruszenie z kopyta znów, jednym słowem. Ostatnie dwa miesiące obfitowały jednak w różne wydarzenia, rezultatów których jednak światu ogłaszać nie będę (jeszcze-na wszystko jest odpowiedni czas), jednak muszę powiedzieć, że ta niekończąca się brytyjska szaro-bura-zimna-ponura-ciemna jesienio-zima dała mi się w tym roku we znaki bardziej, niż zazwyczaj, o wiele bardziej. Być może ma to coś wspólnego ze starzeniem się, podobno po 30-tce znacznie spadają siły witalne in zaczyna się nieunikniony proces degeneracji. No cóż. Chciałabym jedynie móc degenerować się w bardziej słonecznym środowisku, bliżej hm, natury. Zdaje się, że mam zdecydowanie dość Londynu. Ale nie będę się nad sobą rozczulać...jeszcze nie. Dziś wyjrzało słońce i jakoś tak mi trochę lżej na duszy. Nina w przedszkolu, jutro ostatni dzień przed przerwą świąteczną, na całe dwa tygodnie. Jakoś przeżyjemy, mam plan pochodzić z nią na basen przez ten czas, może uda się załatwić jej lekcje pływania, chyba jest już na to dostatecznie duża...ciekawa jestem, jak w tym roku będzie z jej stosunkiem do wody, gdy pojedziemy na wakacje. Na Fuertaventurze 1.5 roku temu niezbyt była zachwycona i oceanem, i basenem ("uciekaj woda, a sio!" tym cienkim głosikiem:), mam nadzieję, że tym razem będzie inaczej. Czas pokazać trochę maminego zamiłowania do wody w końcu:) A własnie, bo lecimy na wakacje. W maju, bo wtedy znów jest half-term i czas wolny od szkoły. Nie mogę się doczekać, szczerze mówiąc, bo w tamtym roku nigdzie się nie udało wygrzać porządnie w godziwym słońcu ze względu na te trzy loty do Polski (koszty!!koszmarne), więc w tym roku pora na rewanż wobec paskudnej aury tutaj. Lecimy i już, muszę tylko wybrać wyspę. A, i jako że to ja płacę za wakacje, pora zamknąć komputer i zabrać się do roboty....