czwartek, 21 listopada 2013

Rewolucyjny listopad


10 listopada w ekspresowym tempie na świecie pojawiła się siostra Niny, Eliza. Podświadomie nastawiona byłam, że będzie długo, rozwlekle, boleśnie i skomplikowanie, jak z Niną, dlatego zignorowałam pierwsze oznaki, które pojawiły się tuż po północy w niedzielę, 10 listopada właśnie. Ale oznaki nie zignorowały mnie, wobec czego trzy godziny później zebraliśmy się do szpitala. Pamiętam tę krótką jazdę autem opustoszałymi ulicami Greenfordu, te wszystkie mikrowstrząsy które moje ciało odbierało jako torturę godną oprawców wojennych, i piosenki, które siedząca w swoim foteliku obok Nina śpiewała mi "na pociechę". Nie będę zagłębiać się tu w szczegóły porodu - powiedzmy, że jestem zwolenniczką zachowania pewnej tajemnicy jeśli chodzi o fizjologię, a poród to przecież fizjologia w najpierwotniejszej postaci. Dość, że jechałam do szpitala z nastawieniem na znieczulenie (oczywiście! jakżeż można inaczej przez to przejść??) i długie oczekiwanie na koniec katuszy. Ok 4 nad ranem P zabrał Ninę do domu-ja oczywiście miałam zostać w szpitalu, oczekując na rozkręcenie się akcji (choć bogowie wszyscy możliwi mi świadkami, że w tamtym momencie nie wyobrażałam sobie, że "rozkręcenie" może być intensywniejsze....w każdym bądź razie mieli wrócić po 9-ej, gdy oddział położniczy otwiera się dla odwiedzających. Później, w zależności od sytuacji, P miał odwieźć Ninę do jednej z cioć, i wrócić, albo czekać w domu na telefon. Tak się jednak złożyło, że ok 6 rano miła pani położna mająca na mnie oko podczas tych kilku godzin po przyjeździe, odprowadziła mnie do pokoju "do rodzenia", celem podłączenia do KTG, gdyż albowiem tętno dziecka zachowywało się dziwnie podczas skurczów. Zaklęłam szpetnie, bo pomyślałam sobie, że teraz jak mnie już zaczną podłączać do maszynerii, to prędko stąd nie wyjdę. Poza tym bolało jak cholera. A potem nagle okazało się, że "it`s now, you`re having this baby now", wobec czego pozostało mi tylko wsþółpracować, co polegało na przyssaniu się do rurki z gazem rozweselającym (który wcale mnie nie rozweselał, o dziwo)- z jakiegoś powodu , mimo że to były ostatnie chwile na to, nie domagałam się epiduralu. Do dziś nie wiem dlaczego, ale myślę, że podświadomość podpowiadała mi, ze obejdę się, a dzięki temu bdęzie szybciej.I było, bo po potem chlusnęły wody (moment prawdziwie filmowy), a o 9.32 rano Elizka wychynęła na świat. Zaś o 9.45 nieco zdumiony P wraz z Nina wkroczyli do pokoju "w odwiedziny". Zapomniałam do niego wcześniej zadzwonić, że może by jednak przyjechał przed 9-tą ;) A może znów była to podświadomość....?Nie myślałam o tym, sprawy działy się same, niejako poza mną, a jednak ze mną w roli głównej. Nie rozumiem tego, ale to było najbardziej naturalne i naturalnie spokojne wydarzenie w moim życiu.Nie umiem sensownie o tym napisać, chyba nadal jestem zaskoczona. Tak, urodzenie dziecka to najbardziej bolesne, krwawe i okrutne w swej bezwzględności zjawisko w przyrodzie. I pewnie dość obrzydliwe, gdy się patrzy z boku. Ale...Jeśli jest przeżyte świadomie, bez otumanienia lekami i środkami znieczulającymi, jak mi było dane teraz, to na dodatek dodaje takiej mocy, ze RedBull wysiada w przedbiegach. Nigdy nie myślałam, że to powiem, ale...cieszę się, że nie wzięłam w końcu tego epiduralu. Cieszę się, że byłam tylko ja i moje położne, bo było to wydarzenie zupełnie inne, niż gdy rodziła się Nina 4 lata temu. Eliza ważyła 3925 gramów, dostała 10 punktów, jest zdrowa, piekna i dużo śpi, co chyba jest na tym etapie jej najszlachetniejsza cechą;) A ja nadal tonę w morzu hormonów, unoszę się na oksytocynowej chmurze i uśmiecham do lustra.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz