Maluch ucina sobie poobiednią drzemkę, a ja zamiast pójść w jej ślady,zajmuję się milionem innych, nie cierpiących zwłoki spraw, no bo jeśli nie ja, to kto-i jeśli nie dziś, to kiedy? Jutrzejsze będą jutro,a dziś są jeszcze wczorajsze i przedwczorajsze...mentalnie czuję się nieco jak ten głupkowaty chomik, zmuszony ewolucyjnym imperatywem gnać bez wytchnienia po kółku-karuzelce. Cóż, los kobiety polskiej, na barkach której spoczywa los Wszechświata i własnej rodziny;)
To, ze od 16 miesięcy nie śpię, to pikuś,można się przyzwyczaić-tylko rodzi się w głowie takie marzenie czasem: położyć się w białej, pachnącej lawendą pościeli, w białym pokoju z drewnianą podłogą, przy otwartym oknie, przez które wpada zapach kwitnących bzów i jaśminów. Jest cisza, która otula głowę kokonem niczym poduszką...i zapadam w otchłań tej ciszy i zapachu...ech.
A dzisiejszej nocy, kiedy już się położyłam (miałam zamiar przed północą, ale wyszło jak zwykle), i już zaczęłam dryfować w stronę snu, Nina zaczęła pokwękiwania swe, do których dołączył jej szanowny ojciec, którego męczyły jakieś boleści brzucha. No więc kolebałam się tak między pokojem małej (podać smoczka, przykryć, odkryć, pogłaskać po głowie, włączyć pozytywkę, podać Sowę Filifionkę, odkryć, zabrać smoczka, podać smoczka, poklepać po plecach...etc), a naszą sypialnią, gdzie na łóżku wił się cierpiący i wierzgający Paweł (przynieść wody, znaleźć krople żołądkowe, podać tabletki przeciwbólowe, uchylić okno, przykryć, odkryć, spróbować przykryć siebie, spróbować zasnąć wśród boleściwych jęków i wierzgnięć...)...
Ok 5 rano przyłapałam się na tępym wpatrywaniu się w ścianę na korytarzu między pokojami. Mayday, Houston, mayday...
poniedziałek, 29 listopada 2010
niedziela, 28 listopada 2010
Bilans 16 miesięcy
ha, zabrzmiało poważnie...ale też i poważne zmiany nastały, choć raczej jakoś tak niezauważalnie i naturalnie.
Nina 4 grudnia skończy 16 miesięcy, i choć żadna to wytyczna do czegokolwiek, dla nas dość istotna, bo oto, kończąc tyle właśnie miesięcy, żaba nasza:
-chodzi!!!-zaczęła niedawno i nieśmiało, potem jakby się jej odechciało, opadły nam skrzydła nadziei, aż tu nagle 3-4 dni temu coś jej się przestawiło, wstała, i odtąd rundki na dwóch nogach swych chudzinkowych uskutecznia po całym dostępnym sobie areale. Czasem się zapomni i pociśnie na siedząco, szczególnie gdy się bardzo śpieszy, ale mogę śmiało uznać, ze era homo erectus nastała w pełni.
-zęby ma-wszystkie. tak tak, wszystkie. No może jakiegoś trzonowca gdzieś z tyłu brakuje, ale ciężko ten brak zauważyć.
-jest papugą i katarynką, co oznacza, ze nieustannie ćwiczy swe zdolności oratorskie. Mówi dużo, często i chętnie, szybko uczy się nowych słów, i nawet jak nie potrafi ich powtórzyć, rozpoznaje i pokazuje.
No geniusz, prawda?:D
I jeszcze żeby tylko zechciała pojąć koncepcję nieprzerwanego snu nocnego...
Nina 4 grudnia skończy 16 miesięcy, i choć żadna to wytyczna do czegokolwiek, dla nas dość istotna, bo oto, kończąc tyle właśnie miesięcy, żaba nasza:
-chodzi!!!-zaczęła niedawno i nieśmiało, potem jakby się jej odechciało, opadły nam skrzydła nadziei, aż tu nagle 3-4 dni temu coś jej się przestawiło, wstała, i odtąd rundki na dwóch nogach swych chudzinkowych uskutecznia po całym dostępnym sobie areale. Czasem się zapomni i pociśnie na siedząco, szczególnie gdy się bardzo śpieszy, ale mogę śmiało uznać, ze era homo erectus nastała w pełni.
-zęby ma-wszystkie. tak tak, wszystkie. No może jakiegoś trzonowca gdzieś z tyłu brakuje, ale ciężko ten brak zauważyć.
-jest papugą i katarynką, co oznacza, ze nieustannie ćwiczy swe zdolności oratorskie. Mówi dużo, często i chętnie, szybko uczy się nowych słów, i nawet jak nie potrafi ich powtórzyć, rozpoznaje i pokazuje.
No geniusz, prawda?:D
I jeszcze żeby tylko zechciała pojąć koncepcję nieprzerwanego snu nocnego...
poniedziałek, 15 listopada 2010
Niny miny i takie tam
No więc tak, chodzenie postępuje-ryba teraz coraz częściej puszcza się (uwielbiam to sformułowanie) bez proszenia i kuszenia, i nawet nie czekając na oklaski rusza do przodu, ostatnio nawet prawie-biegiem:)
Miny stroi przednie!

Kolejną umiłowaną czynnością jest remanent w szufladach w kuchni, namiętnie przeprowadzany przy każdej sposobności (to jest, kiedy mama jest w kuchni w jakimkolwiek celu!). Najwyraźniej aranżacja wnętrza szuflad fascynuje ją bez reszty-wczoraj na przykład swoje miejsce znalazł tam mój but przywleczony z korytarza. Wiadomo, że buty najlepiej czują się wśród przypraw!


A poza tym byliśmy wczoraj całą trójką na Hammersmith, rozejrzeć się trochę po sklepach, no i celem zjedzenia w chińskiej restauracji ("restauracja" to trochę słowo na wyrost, ale niech mają;). Na rybie naszej chiński bufet specjalnego wrażenia nie zrobił, ale trochę makaronu kung-fu pochłonęła:)

Pogoda zaś robi się z dnia na dzień coraz podlejsza, chyba czas zacząć tęskne odliczanie do wiosny...
Miny stroi przednie!
Kolejną umiłowaną czynnością jest remanent w szufladach w kuchni, namiętnie przeprowadzany przy każdej sposobności (to jest, kiedy mama jest w kuchni w jakimkolwiek celu!). Najwyraźniej aranżacja wnętrza szuflad fascynuje ją bez reszty-wczoraj na przykład swoje miejsce znalazł tam mój but przywleczony z korytarza. Wiadomo, że buty najlepiej czują się wśród przypraw!
A poza tym byliśmy wczoraj całą trójką na Hammersmith, rozejrzeć się trochę po sklepach, no i celem zjedzenia w chińskiej restauracji ("restauracja" to trochę słowo na wyrost, ale niech mają;). Na rybie naszej chiński bufet specjalnego wrażenia nie zrobił, ale trochę makaronu kung-fu pochłonęła:)
Pogoda zaś robi się z dnia na dzień coraz podlejsza, chyba czas zacząć tęskne odliczanie do wiosny...
środa, 10 listopada 2010
Jesienna rozpierdzielucha oraz pierwsze kroki
Chciałam napisać "spleen", ale zabrzmiałoby to zbyt górnolotnie i młodopolsko, a przecież chodzi o zwykłą porutę jesienną, która ogarnia naród od wewnątrz i od zewnątrz.
Od zewnątrz to wygląda tak, że jakaś anarchia przejmuje panowanie-nasz stary dom przy Greenford Av., gdzie dotąd mieszkają nasi dawni współlokatorzy (w tym ciocia i wujek Niny), został wczoraj ograbiony-złodzieje weszli od strony ogródka, w biały dzień, kiedy wszyscy byli w pracy. Wyczyścili wszystkie pokoje niemal z każdej cennej rzeczy.
Na samą myśl słabo mi się robi...
A w ubiegły weekend zdemolowano 6 aut (sześć!) stojących przed domami przy ulicy rownoległej do naszego cul-de-sac. Wybite szyby boczne, przebite opony, wyrwane lusterka. Dodam, ze to bardzo krótka, rezydencjalna ulica, wiodąca do głównej (gdzie z reguły wszelkie ekscesy mają miejsce).
No i co z tego, ze mieszkamy niby na uboczu i płacimy sobie ubezpieczenie zawartości domu...? Dzieje się chyba coraz gorzej i w zasadzie strach wyjść z domu do sklepu, bo nie wiadomo, co się zastanie po powrocie:/
Poza tym jesień w całej swej paskudnej okazałości rozłożyła się na dobre-jest zimno, mokro, szaro i ponuro. Z łóżka się wstawać nie chce, i gdyby nie pewne małe stworzenie, pewnie by się nie wstawało do południa.
A propos stworzenia-dokladnie 7 listopada Nina poczyniła pierwsze kroki-to znaczy, z pozycji stojącej (a które to wstawanie bez podpórki ćwiczyła od jakiegoś czasu) zrobiła kilka małych, koślawych ale najpiękniejszych w świecie kroczków. Zakończonych radosnym wpadnięciem w ramiona me.
I tak od tej pory kilka razy dziennie sobie drobi, tyle że trzeba rozpościerać się przed nią, by miała gdzie wpaść.
Czyli prawie-chodzi. Tak, wiem,inne dzieci zaczynają w wieku 9 miesięcy, ale moja ryba jest wyjątkowa i uznała, ze właśnie 15 miesięcy to dobry czas na ostrożne sprawdzenie o co chodzi z tym, nomen omen, chodzeniem.
Jako bonus zaczęła też zauważać, ze to właśnie stopy odgrywają dość znaczącą rolę w życiu homo erectus
-stopy, czyli nogi zyskały teraz zaszczyt bycia nazywanymi. Noga, czyli "doda!" (bo Nina wszystko mówi z wykrzyknikiem).
Od zewnątrz to wygląda tak, że jakaś anarchia przejmuje panowanie-nasz stary dom przy Greenford Av., gdzie dotąd mieszkają nasi dawni współlokatorzy (w tym ciocia i wujek Niny), został wczoraj ograbiony-złodzieje weszli od strony ogródka, w biały dzień, kiedy wszyscy byli w pracy. Wyczyścili wszystkie pokoje niemal z każdej cennej rzeczy.
Na samą myśl słabo mi się robi...
A w ubiegły weekend zdemolowano 6 aut (sześć!) stojących przed domami przy ulicy rownoległej do naszego cul-de-sac. Wybite szyby boczne, przebite opony, wyrwane lusterka. Dodam, ze to bardzo krótka, rezydencjalna ulica, wiodąca do głównej (gdzie z reguły wszelkie ekscesy mają miejsce).
No i co z tego, ze mieszkamy niby na uboczu i płacimy sobie ubezpieczenie zawartości domu...? Dzieje się chyba coraz gorzej i w zasadzie strach wyjść z domu do sklepu, bo nie wiadomo, co się zastanie po powrocie:/
Poza tym jesień w całej swej paskudnej okazałości rozłożyła się na dobre-jest zimno, mokro, szaro i ponuro. Z łóżka się wstawać nie chce, i gdyby nie pewne małe stworzenie, pewnie by się nie wstawało do południa.
A propos stworzenia-dokladnie 7 listopada Nina poczyniła pierwsze kroki-to znaczy, z pozycji stojącej (a które to wstawanie bez podpórki ćwiczyła od jakiegoś czasu) zrobiła kilka małych, koślawych ale najpiękniejszych w świecie kroczków. Zakończonych radosnym wpadnięciem w ramiona me.
I tak od tej pory kilka razy dziennie sobie drobi, tyle że trzeba rozpościerać się przed nią, by miała gdzie wpaść.
Czyli prawie-chodzi. Tak, wiem,inne dzieci zaczynają w wieku 9 miesięcy, ale moja ryba jest wyjątkowa i uznała, ze właśnie 15 miesięcy to dobry czas na ostrożne sprawdzenie o co chodzi z tym, nomen omen, chodzeniem.
Jako bonus zaczęła też zauważać, ze to właśnie stopy odgrywają dość znaczącą rolę w życiu homo erectus
-stopy, czyli nogi zyskały teraz zaszczyt bycia nazywanymi. Noga, czyli "doda!" (bo Nina wszystko mówi z wykrzyknikiem).
piątek, 5 listopada 2010
Kakofonia
ale nie nasza, tylko ogólnonarodowa.
"Remember remember, the fifth of November"...przypomniałam sobie, że to dziś ogniskowo-fajerwerkowe święto tubylcze, gdy wzmiankowana kakofonia wybuchających sztucznych ogni zaczęła mi zagłuszać myśli.Czyli jakieś dwie godziny temu.
Koszmar-a już miałam nadzieję, ze w naszym zacisznym prawie-zadupiu będzie jednak spokój.
Dziwię się, ze Nina śpi i nic sobie z tego nie robi-oby odziedziczyła obojętność na hałas po swoim ojcu!
Matka zdecydowanie przykładem nie jest, skoro jej nawet koty tupią w nocy;/
A to dopiero początek fajerwerkowego sezonu-dziś Bonfire Night, za parę dni hinduskie Divali trwające kilka dni; a jeszcze przecież przed nami muzułmański Ramadan (tez sobie lubią postrzelać) no i nasz stary dobry Nowy Rok.
Ech, życie w wielokulturowym społeczeństwie nie zawsze usiane jest różami...a z pewnością nie pod koniec roku!
Jakoś trzeba będzie zdzierżyć.
Ku pokrzepieniu ducha złota myśl łacińska z mojej magicznej książeczki, wybrana drogą losowania jak zwykle:
"Sustine et Abstine!"-Cierp i panuj nad sobą! by Aulus Gellius. Najwyraźniej dewiza stoików. No jak w pysk strzelił pasuje:)
"Remember remember, the fifth of November"...przypomniałam sobie, że to dziś ogniskowo-fajerwerkowe święto tubylcze, gdy wzmiankowana kakofonia wybuchających sztucznych ogni zaczęła mi zagłuszać myśli.Czyli jakieś dwie godziny temu.
Koszmar-a już miałam nadzieję, ze w naszym zacisznym prawie-zadupiu będzie jednak spokój.
Dziwię się, ze Nina śpi i nic sobie z tego nie robi-oby odziedziczyła obojętność na hałas po swoim ojcu!
Matka zdecydowanie przykładem nie jest, skoro jej nawet koty tupią w nocy;/
A to dopiero początek fajerwerkowego sezonu-dziś Bonfire Night, za parę dni hinduskie Divali trwające kilka dni; a jeszcze przecież przed nami muzułmański Ramadan (tez sobie lubią postrzelać) no i nasz stary dobry Nowy Rok.
Ech, życie w wielokulturowym społeczeństwie nie zawsze usiane jest różami...a z pewnością nie pod koniec roku!
Jakoś trzeba będzie zdzierżyć.
Ku pokrzepieniu ducha złota myśl łacińska z mojej magicznej książeczki, wybrana drogą losowania jak zwykle:
"Sustine et Abstine!"-Cierp i panuj nad sobą! by Aulus Gellius. Najwyraźniej dewiza stoików. No jak w pysk strzelił pasuje:)
wtorek, 2 listopada 2010
Żaba moja kochana!
Zdałam sobie sprawę ostatnio, że moje posty dotyczące Niny to w dużej, za dużej mierze narzekanie. A przecież wcale nie jest tak, że nasza codzienność to nieustanne zmagania-co się ze mną dzieje?! Dobra, wirtualny plask w policzek i zmiana kursu-koniec od dziś z rozsiewaniem błędnego wrażenia.
Bo-owszem, bywa ciężko, bywa nieznośnie, ale przecież to całkiem normalne jest, w końcu dziecko żyje, czuje i kontestuje.
A Ninulek wcale pod tym względem nie odbiega. I mimo wzmożonej ostatnimi czasy kontestacji, jest słodka i cudowna.
Jest!
Ostatnio ulubiona aktywność-przeglądanie grubaśnego katalogu Nexta i głośne oznajmianie, co widzi:
-Paa! ("pan"-czyli facet młody;)
-Lala! (młoda kobieta)
-Bo! ("boy"-chłopiec; używamy "boya" w zastępstwie "chłopca", bo łatwiejszy:)
-Dzjeda! (dzidzia-male dziecko)
-Baba! (starsza pani)
-Dede! ("dziadek"-starszy pan)
-Pupi! ("buty")
-Tjaki! ("kwiaty")
Ostatnio też nauczyła się wymawiać swoje imię-Ina!Ina!-koniecznie podwójnie.
No i jak tu nie wielbić...??
Bo-owszem, bywa ciężko, bywa nieznośnie, ale przecież to całkiem normalne jest, w końcu dziecko żyje, czuje i kontestuje.
A Ninulek wcale pod tym względem nie odbiega. I mimo wzmożonej ostatnimi czasy kontestacji, jest słodka i cudowna.
Jest!
Ostatnio ulubiona aktywność-przeglądanie grubaśnego katalogu Nexta i głośne oznajmianie, co widzi:
-Paa! ("pan"-czyli facet młody;)
-Lala! (młoda kobieta)
-Bo! ("boy"-chłopiec; używamy "boya" w zastępstwie "chłopca", bo łatwiejszy:)
-Dzjeda! (dzidzia-male dziecko)
-Baba! (starsza pani)
-Dede! ("dziadek"-starszy pan)
-Pupi! ("buty")
-Tjaki! ("kwiaty")
Ostatnio też nauczyła się wymawiać swoje imię-Ina!Ina!-koniecznie podwójnie.
No i jak tu nie wielbić...??
Subskrybuj:
Posty (Atom)