środa, 12 grudnia 2012

O (nie)spaniu raz jeszcze czyli refleksje matki niewyspanej


Kiedy człowiek nie ma dzieci, żyje w błogiej nieświadomości. Kiedy dzieci mu się przytrafiają, choćby nie wiadomo jak był przygotowany, oczytany, otrzaskany z tematem,i tak przeżyje szok i przesunięcie biegunów o 180 stopni. Nie ma na to siły, nie ma innej możliwości. Dziecko wywróci nawet największemu stoikowi świat do góry nogami i to w sposób, jakiego się by nigdy nie spodziewał. Każdy moment będzie jak ogarnianie bezludnej wyspy przez Robinsona Crusoe przez kilka pierwszych lat przynajmniej, tylko po to, by po jakimś czasie dojść do wniosku, że -owszem, szałas się dało zbudować, dobre łowiska na płyciźnie zlokalizować, krzesać ogień za pomocą drewienek też, i w sumie znośnie jest, ale to ciągle nieznana, nie do końca oswojona wyspa. Nigdy nie będzie do końca oswojona, im szybciej sobie z tego Robinson zda sprawę, tym łatwiej mu będzie żyć w tej nowej, fascynującej (ale i cholernie trudnej rzeczywistości). Sporo nowych rodziców przezywa największy szok i niedostosowanie w związku ze spaniem potomstwa. A raczej niespaniem. Albo spaniem do dupy, mówiąc obrazowo. Czytam sobie różne fora, grupy parentingowe na fb i ciągle widzę te same, powtarzające się pytania, problemy: Jak sprawić, by dziecko przesypiało noc?Jak się w końcu wyspać? Otóż, drodzy świeży rodzice oraz oczekujący i planujący: NIE DA SIĘ. Nic, absolutnie nic się nie da z tym zrobić. Możecie, owszem, trafić na ten rzadki egzemplarz (i uwierzcie, to większe szczęście niż szóstka w totolotka), który będzie spał sam z siebie, z rzadka się budząc początkowo na dokarmienie, a na dodatek budząc się łagodnie, subtelnie (i budząc was równie subtelnie oczywiście), delikatnym pokwękiwaniem. Po kilku miesiącach będzie przesypiać całą noc bez najcichszego brzęczenia nawet. Błogosławcie wówczas swe szczęście,albowiem zaiste, trafiło się wam niesłychane dobro. Niestety dla większości z nas to abstrakcja. Przeciętne dziecię będzie budziło się kilka razy w nocy, będzie dawało o sobie znać donośnie i dobitnie, i nie da się tego zignorować (i nie powinno się ignorować zresztą-skoro płacze, to ma potrzebę, metoda "kontrolowanego wypłakiwania" w dzisiejszych czasach to domena psychopatów i pozbawionych empatii kretynów). A więc większość z nas jest skazana na przynajmniej kilka miesięcy stosunków przerywanych z własnym łóżkiem, i to niezależnie od tego, czy dziecko karmione mlekiem sztucznym, czy naturalnym, czy śpi samo, czy z rodzicem (albowiem ojciec dzieciom często w początkowym okresie dokonuje strategicznego desantu na kanapę w pokoju dziennym, cham i egoista jeden. No dobra, musi się wyspać bo z reguły do pracy rano idzie. Ale inwektywa przynosi ulgę:). Powtarzam, NIC z tym nie zrobicie, nie załagodzicie, nie zmienicie. To naturalna kolej rzeczy, na to trzeba zagryźć zęby, być twardym i przetrwać. Kiedyś minie.....jeszcze się wyśpicie! I tu też cieszcie się, w tej trudnej sytuacji, cieszcie się, że nie trafił się wam egzemplarz ekstremalny, jak mój. To już niestety liga zawodowa, nie dla cieniasów i słabeuszy. To przypadek dla twardzieli klasy najwyższej, Hulków, Supermanów i Wolverinów:) I zaiste, w Wolverine`a co najmniej przeistoczycie się po trzech latach permanentnego niespania. W człowieka-nietoperza będącego w stanie usłyszeć tupanie roztoczy po wykładzinie w środku nocy. W cyborga podnoszącego się w ciągu 1 nanosekundy do pionu wprost z ciepłej, wygodnej jamy łóżka na dźwięk sapnięcia czy też kaszlnięcia dochodzącego z pokoju latorośli. W superherosa przemieszczającego się nieomal w czasie między ciemnymi pomieszczeniami domu , na sekundę zanim z gardzieli potomstwa rozlegnie się ryk porównywalny do trąb jerychońskich. O tak. Wielokrotnie każdej nocy. Przez 365 dni w roku. Przez lat 2, 3....4 i bogowie jeno wiedzą ile jeszcze. A w dzień będziecie mimo wszystko funkcjonować jakbyście spali snem niemowlęcym (nomen omen, kto ukuł to kretyńskie powiedzenie...?). Tacy będziecie super zajebiści madafakerzy, jak to mawia pewien znany mi rodzic-twardziel. I mimo to, gdy przy porannym zakładaniu madafakerskiej latorośli butów przy wyjściu do przedszkola w złowrogiej ciszy, owa latorośl nagle przytuli się wam do drżących pleców (trwardzielstwo twardzielstwem, ale ciało ma swe granice niestety) i wyszepta czule: Kocham cię...to nagle odczujecie, że ta kolejna Noc Żywych Trupów to znowu nic, bzdet i drobiazg.Naprawdę, niegodna wspomnienia.

wtorek, 11 grudnia 2012

Dziecko to potrafi zażyć


Znany to truizm, ale czasami gdy człowiek posłucha dziecka, zastanowi się nad logiką jaka przyświeca jego działaniom, popatrzy co dziecko robi i jak, to się chce za głowę złapać i zapłakać nad własnym fałszem, dorosłym wyrachowaniem, zblazowaniem i ogólnym zepsuciem. Niby nic, ale czasami mam takie momenty, przy Ninie, że wstrząsa mną myśl, że pewnego dnia ona też dorośnie i przestawi się na "dorosły" tor myślenia i postępowania. Byle tylko jakoś wpasować się w te społeczne ramy, byle jakoś funkcjonować w monolitycznym społeczeństwie, n ie wychylać się za bardzo i spokojnie przepędzać dzień za dniem. Kiedy przestajemy być prawdziwie sobą? Kiedy zakładamy te ohydne maski oportunizmu i wpasowujemy się w szereg...?Ech, chciałby czasem człowiek odkryc Rain Mana w sobie... Tymczasem kilka dialogow: Wczoraj, wieczorem, po tajniackim ściągnięciu z regału dużego czekoladowego Mikołaja: -Mamo, ten Mikołaj jest naprawdę przerażający. I gorąco mu w ubranku (Mikołaj oczywiście owinięty kolorową folią imitującą mikołajowe ubranie). Słyszę szelest, za chwilę odwracam głowę, Nina przeżuwa, Mikołaj z ubranka odarty i bez głowy. -Widzisz, już nie jest przerażający. To co chcesz, szyjkę czy brzuszek? Dziś rano, w drodze do przedszkola. Mróz, wszędzie biało. -Co to mamo, takie białe na autach i na dachach? (Tłumaczę, że mróz, ze to tak jak lody wyjęte z zamrażarki, że słoneczko zaraz roztopi etc) -Hm, auta są zamrożone jak lody, i domy, i droga, to dlaczego Nina nie jest zamrożona i inne dzieci...? I tu mnie na chwilę zatkało, bo sobie pomyślałam, że po zaledwie jednej porannej kawie nie jestem chyba w stanie wdawać się w dyskusję o przyrodzie ożywionej i nieożywionej. Ale kocham tę jej dociekliwość. Jakie to musi być ekscytujące, codziennie poznawać nowy, nieznany świat.

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Idą święta...


I w związku z tym, zaopatrzywszy się w zestaw tanich biletów lotniczych w tanich liniach lotniczych Wizzair, za jedyne 700 funtów na trzyosobową rodzinę (karta kredytowa ma jeszcze nie doszła do siebie, małżonek jak zwykle również, tylko ja zachowuję twarz pokerzysty;D ), ostatni tydzień nurzamy się w codzienności, by już niebawem dać się na lotnisku w Luton obmacać wykrywaczom materiałów wybuchowych. Jak zwykle Nina będzie najbardziej podejrzanym podróżnym, ze swoimi niebieskimi oczami i pszenicznymi włosami, dzierżąc w dłoniach podejrzanie wyglądającą przytulankę sowę,ani chybi wypełnioną trotylem; tuż po niej ja, równie bladolica, niebieskooka i sianowłosa topielica w typie kaukaskim, za to z wypełnioną metalowymi rurkami bielizną wymagającą dokładnego obadania klapką na muchy z brzęczykami. A potem staniemy w kolejce do bramki, by jak zwykle przepychać się wśród rzeszy rodaków do kolejki priorytetowej, rodacy bowiem, jako masa nie rozumieją, ze skoro są dwie kolejki, to znaczy że są dwa rodzaje biletów, i stanie w tychże nie polega na zasadzie "Huzia na Józia, kto pierwszy ten lepszy". Ech, doczekać się nie mogę już. Ze o pobudce o 2 nad ranem nie wspomnę... Ale najważniejsze, że przez dwa tygodnie odpocznę. Odpoczniemy wszyscy, chociaż trochę. I napijemy się alkoholu (no, Nina raczej nie). I wytarzamy w śniegu (oby!). Jeszcze tylko tu zadzwonić, tam zadzwonić, jeszcze to jedno pismo wysłać, jeden formularz, stado maili stworzyć, zapłacić kilka rachunków, spakować walizki...wyboista jest droga do czasu relaksu!

poniedziałek, 26 listopada 2012

Kto kocha poniedziałki?


Ja nie. Dziś Nina wstała lewą nogą i zdecydowanie jej nastrój udzielił się i mnie. Oczywiście przeszło jej jak ręką odjął, gdy tylko wyszłyśmy z domu i zanurzyłyśmy się w odmęty codzienności, czyli ruszyłyśmy w deszczu do szkoły. Mnie nie przeszło, niestety, no ale ja jestem starszy, niedoskonały model. Droga do szkoły długa nie jest, ale wystarczająca, by się trzyletni człowieczek odziany w kalosze i dzierżący parasol Świnki Peppy zdołał wywalić na nierównym chodniku. No więc, zbieram ją z tego chodnika, wycieram łzy i gluta, zapewniam że rączki są całe i nie trzeba plastrów naklejać...i słyszę śmiech. Zbliża się kawalkada trzech córek, które ojciec do tej samej szkoły odprowadza, jedna z nich uznała najwidoczniej, że to bardzo śmieszne, widok innego dziecka, zdecydowanie młodszego, bardziej niezdarnego, rozłożonego na chodniku. Rzuciłam jej mordercze spojrzenie i , jako że byli już blisko, zapytałam, czy to faktycznie takie zabawne. Dziecko (na oko 6-7 letnie) zmieszało się, śmiech jej zamarł pod wpływem mojego bazyliszkowatego spojrzenia...i dobrze, tak ma być. Tylko że głupi chujek, za przeproszeniem, ojciec tych dziewczynek, ani słowem się nie odezwał! Nic! Żadnego: "Córko, nie godzi się śmiać z cudzego nieszczęścia, tobie też może się zdarzyć przecież". Żadnej złotej myśli ze skarbnicy dalekowschodnich mądrości, jakie zapewne miał przecież w genach zakodowane. Null, zero. Po prostu pogonił latorośle, żeby szybciej nas ominęły. Z daleka tylko słyszałam połajanki, jakich roześmianej jeszcze przed chwilą udzielała jej starsza siostra. O tyle dobrze... Ale ale. Jak ci rodzice niektórzy wychowują swoje dzieci? W dupie mają chyba fakt, że wszystko, każdy codzienny szczegół, najmniejsze wydarzenie jest dla dziecka nauką? Że szkoła życia nie ma wakacji i trwa każdego dnia? Że to od nich zależy, jakiego dorosłego uformują ze swojego dziecka...?Dlaczego obcy ludzie na ulicy (i mądrzejsze starsze siostry) mają spełniać rolę wychowawczą? Serio, mam ochotę w porze odbioru dzieci ze szkoły zaczaić się na idiotę i trzepnąć go moim wielkim,burdelowym, ciężkim parasolem w ten zakuty, prosty łeb. Nie ma we mnie miłości do ludzi dziś.

poniedziałek, 19 listopada 2012

O nauce w przedszkolu


Przedszkole Niny komunikuje się z rodzicami za pomocą "listów", kartek A4 zadrukowanych aktualnymi zagadnieniami, problemami, wręczanych dzieciom przy odbieraniu z placówki. I dobrze, nie ma tłoczenia się do wychowawczyń, bezsensownej paplaniny etc w sprawach mniej ważnych. Ostatnio taka wiadomość zawierała opis krótkiego planu działania na drugą połowę roku. Poznawanie tradycji i świąt różnych kultur w tym "festive period" jaki aktualnie trwa-oczywiście, przecież to Londyn, korytko świata-bardzo w porządku, czemu nie; nauka zachowań społecznych-też wszystko jasne, 3 i 4-latki są już wystarczająco hm, kumate, by wiedzieć, że nie należy wrzeszczeć czy próbować wydłubać gałki oczne koledze, który wyrwał im zabawkę. Proszę, dziękuję, przepraszam, do widzenia, oczywiście, jak najbardziej, choć w mniejszym czy większym stopniu większość dzieci zapewne to potrafi. Ale utrwalanie nie zaszkodzi... Za to kolejne punkty, dotyczące tych bardziej "naukowych "zagadnień, uniosły mi brew na czole. Otóż przedszkole zamierza w drugiej połowie roku nauczyć dzieci, uwaga, liczyć do pięciu, abecadła, oraz rozróżniać podstawowe kolory. Ja rozumiem,że Ninul należy do tej bardziej rozgarniętej młodzieży, skoro zaczęła gadać prędzej niż chodzić; abecadło w obu językach znała w wieku 2 lat, kolory wszelakie także, a nawet wcześniej, a od paru dni kombinuje, jak poukładać liczby prawidłowo po cyfrze 100, bo do stu to mały pikuś, także w obu językach. I nie, nie chwalę się, choć miło mi, gdy po jej popisach wokalno-recytatorskich na poczcie czy w autobusie słyszę od obcych ludzi, że to bardzo "bright girl". No może i bright, jak na trzylatkę, ale chyba większość 3 -letnich dzieci, że o 4-letnich nie wspomnę, potrafi POLICZYĆ DO PIĘCIU, NAZWAĆ PODSTAWOWE KOLORY I WYMIENIĆ LITERY W ALFABECIE?? Czy to tylko taka specyfika Wielkiej Brytaniii, że nie potrafią, skoro program przedszkolny dla 3 i 4 latków zawiera takie założenia? Strach się bać, co to będzie w szkole. Zapewne ułamki dziesiętne przewidziane są na klasę maturalną, a Szekspir w programie uczelni wyższych.

sobota, 17 listopada 2012

O śnie raz jeszcze...


Pamiętam, gdy Nina miała około roku, a może mniej (lub nawet więcej...?), mama "pocieszała" mnie:-No taki egzemplarz ci się trafił, twój brat też był wyjcem i dziennym i nocnym, i też nie bardzo mu spanie szło. Ale gdzieś w okolicach 3 lat zaczął już normalnie spać w nocy, więc jest nadzieja i dla Niny. Well, mamo droga, zgłaszam oficjalne zażalenie na geny! Nina ma lat 3 i 3 miesiące, i nadal ni chu-chu. Znaczy owszem, zdarzy jej się przespać "ładnie" noc, ja nawet pół niezakłóconej wyciem, rykiem i krzykiem nocki też uznaję za sukces, ale na litość-to są przypadki tak rzadkie, jak angielskie słońce.No do dupy po prostu. Ja wiem, że mam cierpliwość tybetańskiego mnicha, dzierżę nieprzespane noce i koncerty na najgłośniejszy i najbardziej nieutulony wrzask od trzech lat i 3 miesięcy, wędruje cierpliwie między łóżkami, pokojami, przenoszę, zostawiam, wynoszę-ale czasami, jak dziś, mam ochotę tą głową moją szczelnie otuloną kocem otumanienia z niewyspania stuknąć w ścianę i otumanić się na dobre. Hitlerowscy i stalinowscy psychopaci dobrze wiedzieli, jaką torturą jest dla człowieka brak snu. Chroniczny, bezlitosny brak snu. A dziecko in question...? Zawsze, qrrva, rześkie niczym górski potok...Jak ona to robi??

sobota, 3 listopada 2012

Nie wierzę w....


...Perfekcyjne Panie Domu. Z dużej litery pisane, rzecz jasna, bo Perfekcyjność tychże Pań zasługuje na duże litery. W odróżnieniu od bylejakości zwykłych kur domowych, takich jak ja aktualnie. Spędziłam dziś dwie godziny-dwie!!-na doprowadzaniu do porządku strefy naszej dziennej, li i jedynie. I to nie, że w kuchni na błysk, o nie, kuchnia "po łebkach"-za to zawzięłam się, by doprowadzić do jako takiego porządku tzw. salon czyli pokój dzienny, aka living room. Na marginesie dodam, że wcale owego nie zapuszczam, o nie, sumiennie zamiatam, odkurzam i latam na mopie raz w tygodniu, kurze też przetrę gdy mi się w oczy rzucą (lub mężowi prędzej), a w ogóle to przecież co wieczór odbywa się odgruzowywanie owej części dziennej z klamotów Niny. Kto ma potomstwo, ten wie, o czym mowa, niestety....i żeby było jasne: marnować czasu na sprzątanie serdecznie nie znoszę, jednak jeszcze bardziej nienawidzę klejąco-śmierdzącego syfu w stylu brudnych naczyń, tygodniowych okruchów na podłodze, porastających mchem resztek czegoś sprzed miesiąca, tłustych zacieków na drzwiczkach od szafek, monokultury na kuchence, ech, ze już o łazienkowych atrakcjach nie wspomnę. Więc sprzątam i klnę, bo efekt każdorazowego takiego sprzątania trwa mniej więcej 5 minut. Krew w piach, normalnie, że zacytuję bohatera. Ale myślę, że specjalnie heroiczna ta moja syzyfowa praca nie jest, każdy normalny człowiek, niechcący zostać pomylonym ze świnią jakieś tam minimum wykonuje. Wracając do meritum-więc dziś mnie ruszyło i postanowiłam zrobić Błysk Miesiąca. Po dwóch godzinach, parując i tocząc pianę (skąd wprasowane na amen w panele rodzynki pod kanapą, ja się pytam, skoro nikt tam nie wlezie i nie wdepcze ich??skąd zmumifikowane fragmenty kotleta-chyba!-za kaloryferem, n a ś c i a n i e ?? ), zasiadłam triumfalnie i rzuciłam okiem wokół...na ch..... to wszystko, zaprawdę. Panele permanentnie poplamione, na ścianach Ninulowe hieroglify i freski sprzed roku, ława z politury obłupiona tak, że nawet nakrycie jej zgrzebnym płótnem w charakterze obrusa nie skutkuje niczym miłym oku,bo nogi i tak widać. I tak dalej. Więc-nie,żebym aspiracje do tytułu jakiekolwiek miała-ale dochodzę do smutnego wniosku, że te wszystkie Perfekcyjne Panie Domu, co to specjalną szczoteczką szorują codziennie przestrzenie między kafelkami, czy bezwiednie smyraja abażury wypielęgnowanymi dłońmi w białych rękawiczkach, to albo muszą być bezdzietne i mocno znudzone, albo chore psychicznie (z całym szacunkiem dla chorych psychicznie). Ani to przyjemne bowiem, ani efektywne. Chyba że...istnieje cień szansy, że gdy człowiek jest "na swoim", to mu się po prostu chce. Chce się (obsesyjnie) dbać i czyścić te kafelki z Tubądzina czy wręcz Fired Earth, chce się tę sofę La Roche Bobois pieścić codziennie miotełką z pawich piór. No zobaczymy, miejmy nadzieję, że się kiedyś w końcu przekonam. Ale nie. Jak już będzie mnie stać na sofę Roche Bobois, to i na panią do sprzątania też!

wtorek, 30 października 2012

Listonosz zawsze dzwoni dwa razy...?


Podniósł mi ciśnienie, baran jeden , wczoraj, aż zasłużył na wpis. Otóż siedzę ja sobie w livingu, jakies 3 m od drzwi wejściowych, które mamy przeszklone zresztą. Akurat miałyśmy z N. chwilę relaksu-znaczy, ja miałam, bo usiadłam wreszcie na moment, ona to ma chyba relaks permanentny... No więc, siedzę ja sobie, i widzę, ze podszedł listonosz, i listy jakieś (rachunki, bo cóż innego...) wsuwa przez otwór listowy. Niechaj więc wsuwa, myślę sobie, jak będzie miał coś większego, to zadzwoni/zapuka. Widzę, ze wsunął co miał wsunąć,ale jeszcze stoi pod drzwiami. Pewnie szuka, czy to na pewno wszystko, myślę optymistycznie. Biorę łyka kawy, spoglądam na dziecko pogrążone w świecie przygód lokomotywy Tomka czy innym badziewiu (tak, tak, niepedagogicznie, ale czasem miło wypić kawę w spokoju); patrzę na drzwi znów, a tam czerwona kartka. Znaczy, próbowano dostarczyć paczkę, ale nikogo nie było w domu i trzeba się po nią udać do sortowni. "Ożesz ty qrva job twoju mać!"-myślę sobie po słowiańsku i pędzę do tych drzwi. W ostatniej chwili przyłapuję barana wsiadającego do swojego vana, z moją n i e d o r ę c z o n ą paczką w łapach. Wołam go, krzyczę, że jestem w domu, dlaczego nie dzwoni, do cholery?? On mi na to z głupim uśmiechem, że przecież dzwonił. Naciskam dzwonek (rozlega się przeraźliwie głośno, jak zwykle) i pytam, czy usłyszał taki dźwięk, bo ja na pewno nie, a siedziałam 3 metry od drzwi. On, że mi dzwonek nie działa, przecież dzwonił. Naciskam więc ponownie, i pytam, czy jego zdaniem to jest dźwięk niedziałającego dzwonka?? (w myślach dodaję kilka epitetów). On na to że dzwonił a nawet stukał. Walę więc tez w drzwi, znaczy stukam i pytam, czy to miał na myśli, bo ja, siedząc 3 metry od drzwi, nie słyszałam niczego podobnego. Uświadamiam mu, że podczas doręczania przesyłki należy zadzwonić, a w razie problemów z dzwonkiem, zastukać. Obawiam się, że od teraz będę miała mnóstwo niedoręczonych paczek. Całe szczęście, że listonoszy mamy trzech, pracujących rotacyjnie...

sobota, 27 października 2012

Chłopy są jakieś inne


Człowiek się męczy, dynie targa do chałupy, potem ją zapieka do miękkości z oliwą i solą, następnie uciera (ręcznie!bo się blender zepsuł) i zupę komponuje, dbając by właściwe proporcje czuszki, kminu rzymskiego i garam masali dodać, szkli dymkę na złoto, grzanki z czosnkiem poddusza na maśle, żeby na koniec usłyszeć, że się jakoś "nie wkręca", i czy nie ma jakiejś pizzy w zamrażalniku awaryjnej. Dobrze, że się dziecku "wkręciło". A dla kapryśnych od dziś pizza mrożona z Tesco i ordynarne ziemniory z kawałkiem trupa li i jedynie. Jak to było...półkule? Czy może jednak to kwestia kulek raczej...?

czwartek, 25 października 2012

Wspominkowo-żałośliwie


Za oknem paskudna angielska jesień z deszczem, i w związku z faktem,że potomstwo dziś nie było w przedszkolu przez wizytę w przychodni, męczymy się razem cały dzień-jak to człowiek się do nowej sytuacji przyzwyczaja błyskawicznie! Ale jutro jest nowy dzień, jak by to powiedziała Scarlett O`Hara, co oznacza, że rano Nin znów powędruje do placówki i życie będzie znów piękne;) Pogoda jednakże nie sprzyja nawet chyba samotnym rozmyślaniom. Szukając czegoś, natknęłam się w jednej z szuflad na kajet. Kajet z wierszami. Popełnianymi od 1993 do 2000 roku. Zaczyna się na zabawnych w swej naiwności wierszydłach 14-latki, a kończy na mrocznych, depresyjnych wytworach studentki ze złamanym sercem (wiem, wiem jak to brzmi, ale cóż, życie). Która, nota bene, wonczas połamała kilka serc także, więc poniekąd Karma odpłaciła jej pięknym za nadobne. I tak sobie myślę, że to nieprawda, że nie należy żałować przeszłych wydarzeń, doświadczeń-bo to one nas kształtują niby. Tylko że ja bym wiele oddała, by móc cofnąć czas, wrócić do Krakowa AD 1998-2003. Inaczej przeżyć ten czas, a przede wszystkim nie pozwolić się omotać temu jednemu choremu omamieniu, które wyłączyło mnie z rzeczywistości na prawie 3 lata, które omal nie wywaliło mnie z (upragnionych!) studiów, które spaprało mi mocno najpiękniejsze ponoć lata życia (bo studenckie lata takie są z definicji ;), które sprawiło, że kilka wyjątkowych dla mnie osób cierpiało. Chyba nigdy nie nastąpiła tak zwana (zwany?) closure. Między mną a nim, między mną, a Tymi Ważnymi Osobami, między mną a mną. Chciałabym móc cofnąć czas by im powiedzieć, jak wiele im zawdzięczam, i jak mocno ich (ciągle!)kocham. A może wspomnienie o nich... Ech. Grzaniec na słono nie smakuje najlepiej.

Chora służba zdrowia


Chrychlamy obie.Znaczy,Nina łzawe oczy,zatkany nos i spektakularny nocny kaszel prezentuje (myślałam do tej pory, że to ściekające w pozycji leżącej gluty,ale teraz już nie jestem tego pewna, jako że za dnia też nią wstrząsa), ja zaś straciłam głos i gardło mam jakby potraktowane przyrdzewiałymi grabiami. Celem uspokojenia sumienia ("to tylko przeziębienie, ale lepiej to sprawdzić", myślałam sobie) po odprowadzeniu młodej do przedszkola przedwczoraj powędrowałam do naszej "rodzinnej "przychodni, gdzie pani poinformowała mnie, że najbliższy termin do lekarza jest za dwa tygodnie. Cudem jakimś zdołałam zatrzymać dla siebie informację, że jesteśmy przeziębione teraz, a za dwa tygodnie to możemy już przecież znaleźć się,k....wa, na łonie Abrahama! Pani poradziła, żebym zadzwoniła rano dnia następnego, to może zostaniemy przyjęte jako "emergency",zwłaszcza że dziecko, bla bla bla. No więc wczoraj rano-dzwonię. Nie odbiera nikt, oczywiście, linia zajęta. W końcu,po kilku stuleciach,ktoś łaskawie podniósł słuchawkę i dowiedziałam się, ze na popołudnie się nie da, i że mam przyjść z dzieckiem na 9.00 i czekać. Pomyślałam sobie,że może by tak wpaść tam z jakimś dynamitem...akurat wczoraj w przedszkolu miały być zdjęcia,więc stwierdziłam, że skoro nikt nie umiera jeszcze, to jednak Nina pójdzie do tego przedszkola, skoro są te zdjęcia. W nocy się dziś jednak pogorszyło, mnie też, więc o 8-ej powędrowałyśmy obie do przychodni, zapisać się na to przyjęcie "emergency". Na zewnątrz kolejka jak za kiełbasą w czasach późnego Jaruzelskiego, nic to, że wieje i leje, nic to że ludzie w kolejce chorzy, grunt że jest za 3 ósma, a oni otwierają rejestrację o 8! W końcu się udało zarejestrować, babon na recepcji zaś zabił mnie pytaniem: "Do you really have to?", kiedy powiedziałam, że ja też oczywiście potrzebuję lekarza. Nie, bo przecież to, co mojemu dziecku pomoże wyzdrowieć, to kaszląca i smarkająca matka! Oczywiście że ja nie potrzebuję lekarza, miałam tylko nadzieję na obnażenie się przed obcym facetem w zimnym budynku! W myślach porozkoszowałam się sceną, w której chwytam babona za natapirowane kudły i uderzam jej głową o klawiaturę komputera-tak, jak się czasem stuka czy kopie kiepsko działający sprzęt, by powrócił do prawidłowych funkcji. No nic to. Za 1.5 godziny idziemy znów. I niech mi tylko facet nie próbuje wyskoczyć z paracetamolem! Tęsknię, naprawdę tęsknię za możliwością prywatnej wizyty niezależnej od kolejek, czasu oczekiwania i innych pierdół w Polsce. Gdzie zapłacę tych 50 zł i zostanę bez ceregieli przyjęta od razu i potraktowana jak człowiek, a nie jakiś obywatel dziesiątej kategorii. Gdzie moja córka zostanie zbadana przez p e d i a t r ę, a nie jakiegoś konowała od wszystkiego, w brudnym gabinecie z zagrzybionym dywanem. Dr Błocki z Nowej Soli, tęsknię za Panem! Amen.

poniedziałek, 22 października 2012

Meteorologicznie i futurystycznie


Prognoza pogody mówi o "krwawych deszczach", nadciągających wraz z powietrzem znad Sahary, i mgłach temu towarzyszących, a potem śnieg i zimnica. O ile deszcze i mgły w Krainie Deszczowców ewenementem nie są, o tyle "krwawe deszcze" już bardziej. Uspokoiła mnie informacja, że to jednak o pył pustynny chodzi... Tymczasem jest mokrawo, ale ciepło w miarę, i kolorowo. Nin do przedszkola nadal chętnie drepcze rankiem, socjalizacja przebiega pomyślnie, i już tylko pozostaje mi myślami wybiegać w przyszłość ( przeraźliwie nieodległą), gdy sprowadzi na niedzielny obiad młodzieńca w stylu metroseksualnym z krostami na twarzy i kretyńską fryzurą. Obawiam się, że może wcześnie zacząć-dziś po wieczorny prysznicu stanęła przed lustrem na korytarzu i rzuciła tekstem: "Patrz mama, jakie mam fajne cycuszki!" No zgroza, sodoma i gomora!

sobota, 20 października 2012

Słowo na sobotę


W sumie nie lubię weekendów. Dopada mnie wtedy świadomość, ze kolejny tydzień minął, i kolejnych 100 rzeczy z listy do zrobienia nie zrobiłam. Wkurzające to, i tyle. A lista się wydłuża, i coraz trudniejsza do ogarnięcia jest. Z Niną się muszę w poniedziałek do lekarza wybrać, pokasłuje w nocy, co dla niej nie jest normą, a na dodatek trzeci już raz wczoraj znienacka mi powiedziała, ze ją oko prawe boli. "Boli " przez chwilę, nic tam nie widzę, nie mruży, nie przymyka, tylko dotyka i mówi, że oczko boli. Dwa razy (albo trzy?) mi to powiedziała w odstępie kilku tygodni i myślę sobie, że należy zasięgnąć fachowej opinii. Już mam oczywiście najgorsze możliwe wizualizacje, a kysz, ze łba, wstrętne myśli! Tymczasem na tak zwanym twórczym froncie zastój, znaczy się, idei masa i zaczętych różniastych spraw, ale nic bliskiego finalizacji. Majaczy tylko wszystko na (dalekim) horyzoncie...Może za dużo faktycznie srok za ogon próbuję złapać? Ale nikt tu się młodszy nie staje, a jak nie teraz, jak nie ja, jak nie wszystko, to-kiedy, kto, i dlaczego tak mało...?ech.

środa, 17 października 2012

Muzycznie i reżimowo


Nina sobie lubi włączyć muzykę, gdy szykujemy się rano do wyjścia. "Muzykę", czyli zabawkowe pianino stojące w jej pokoju-staram się stopniowo oczyszczać przestrzeń na dole z jej klamotów;) Na szczęście to jej pianinko wydaje przyjemne dla ucha dźwięki. No więc, szykujemy się, ja nakładam przed lustrem barwy maskujące wiek starczy, młoda w tym czasie tańczy do "Lotu szerszeni", a za chwilę do jakiegoś kawałka w stylu folk. Tenże kawałek wzbudził jej ciekawość, więc między jednym piruetem a drugim, pyta wszystkowiedzącą i wszystkoumiejącą mamę: -A co to mamo za muzyka? -Ludowa (przecież nie będę jej tłumaczyć, co to "folk" o 8 rano!). Chwila zamyślenia, trybiki pracują, i konkluzja: -Acha, lodowa muzyka, takie chyba lody muzykowe! (No przecież to oczywiste, że lody mogą być "muzykowe", prawda?I wydobywać się w postaci dźwięków z plastikowego różowego pianina. Dziecko cierpi na synestezję, po mamusi:) A w przedszkolu rano panie zaprowadzają reżim. Dzieci mają zasiadać po wejściu na dywanik do odczytania listy obecności i przywitania. Tak, to było już od początku, tyle że teraz mają zasiadać po turecku i ze skrzyżowanymi ramionami, w pozycji lotosu niemalże.Czy ja dziecko oddałam do sekty aby??

poniedziałek, 15 października 2012

Obersturmführer und Idioten


Kto by pomyślał...ja na pewno nie. Pani z przedszkola powiadomiła mnie dziś, ze Nina to chatterbox (katarynka!), która na dodatek próbuje przejąć dowództwo w przedszkolu, komenderując dziećmi i paniami, jednym słowem, junta się szykuje w Stanhope Primary, junta jednoosobowa co prawda, ale zawsze! Plus, wprawiła panie w zdumienie nazywając wszystkie literki. Nie chciałam jej mówić, że z alfabetem polskim i angielskim to ona jest za pan brat od ponad roku, ale - ale! że się tak publicznie ośmieliła! Cud nad cuda, prowodyrka zamieszania i pierwsza do czytania w gromadzie! Zuch dziewczyna:) Z innej beczki, uderzyło mnie ponownie dziś, ze brytyjscy agenci nieruchomości albo rekrutowani są z placówek specjalnej troski (z całym szacunkiem dla wspomnianych placówek), albo po rekrutacji przechodzą specjalistyczne szkolenie, połączone z praniem mózgu, które skutkuje tym, że klient ma do czynienia z idiotą o mocno obniżonej zarówno inteligencji, jak i empatii. Z robotem znaczy się, zaprogramowanym na określone działania i mającym w zanadrzu zestaw standardowych odpowiedzi, nie przewidujący sytuacji nieprzewidywalnych. Z kretyńskim uśmiechem na twarzy pozbawionej śladów intelektualnej aktywności. To taka refleksja, po kilku rozmowach telefonicznych oraz kontakcie tete-a tete z agentem obsługującym mieszkanie, jakie chcą wynająć A. i L. Dramat po prostu. Jak ten człowiek reaguje po zderzeniu z rzeczywistością?Gdy mu się na przykład bojler zepsuje, albo gdy mu benzyny zabraknie na autostradzie? Albo gdy mu się papier toaletowy skończy...?

piątek, 12 października 2012

W drodze


Ninul w przedszkolu zaadaptowan, zdaje się,już raczej solidnie. Nie zasiada już po przyjściu na swoim żółtym krzesełku odosobnienia, jeno dosiada do dzieci na dywanie, co więcej, nadstawia się mi do buziaka i mówi: "Pa mama, pa pa!"-co sprawia, że nadal z pewnym niedowierzaniem oglądam się za siebie, wychodząc karnie, zapewne z niezbyt inteligentnym wyrazem twarzy-czy ona tak na serio?co, nie ma łez, podkówki nawet...? Ech. Dziś po odebraniu przedszkolaka pomaszerowałyśmy na pocztę, później zaś do Tesco; w drodze powrotnej wózek na zakupy ciążył mi nieco mimo kółek, wysuwanej rączki i takich tam. A tak, bom sprawiła sobie nobliwy wózek na zakupy w kolorze szarym. Nie na moje stare, zwyrodniałe kości targanie toreb wypełnionych kilogramem ziemniaków, workiem bananów, paczką żelków Haribo (niestety nie zawsze potrafię się oprzeć błagalnemu spojrzeniu spaniela płowowłosego) i ośmioma kilogramami soli (na co mi 8 kg soli...?a to dobre pytanie:). Wózka dzieciowego też już postanowiłam nie targać, w końcu wiek przedszkolny zobowiązuje... I tak sobie pomykamy z powrotem, aż tu Nina stwierdza: -Zmęczyłam się mamo. -Hm, żabo ja też, i popatrz jeszcze jaki ciężki wózek z zakupami ciągnę... -No tak, ale ja ciągnę moja ciężką głowę i nóżki, a taka mała jestem!! Kontrargumentacja staje się coraz bardziej skomplikowana. Co to będzie w podstawówce!

środa, 10 października 2012

Sztuka


-Co rysujesz Nina? -Słoneczko. -I co jeszcze...? -Ziemię. -A to co to z Ziemi wychodzi? -Mięsko mamusiu.
Kolejny dzisiejszy szkic ma wybitne cechy postmodernistycznego realizmu magicznego. Bo niby portret, ale zamiast oczu dziecko me wkomponowało kolejne dwie twarze, mamy i taty, jak się okazało po interrogacji. Skąd małoletniej twórczyni taki koncept zaświtał...? Nie mam pojęcia, nie wnikam, podziwiam:)

Pranie, sprzątanie i takie tam


Śniadanie-banan i pączek z niedzieli, odrobinę tylko twardy z wierzchu, no i resztki Niny owsianki z rana. Do tego podwójna kawa. Bardzo zdrowo, ha. Za oknem słońce, sąsiad Gienek (Eugene, ale na jedno wychodzi) wiesza u siebie na ogródku pranie, z pełnią szczęścia odmalowaną na okrągłej facjacie. Tego człowieka zdaje się uszczęśliwiać jedynie codzienne pranie. Tak, pierze codziennie, i z namaszczeniem wiesza na odpowiednich wieszaczkach każdą pojedyncza sztukę odzieży, na specjalnie zamontowanej konstrukcji do suszenia prania. Osobny reling na wieszaczki z koszulkami, osobny na te z bielizną, jeszcze inny na spodnie i spódnice. Szkolna odzież córek też oczywiście ma swój oddzielny fragment konstrukcji. -Hello Alice! How are you today?-rzucił do mnie przed chwilą radośnie znad miski ze skarpetkami. Z niewiadomych przyczyn nazywa mnie "Alice" już od dwóch lat, od kiedy to dzieli nasze posiadłości wspólny płot:) A mnie zawstydziło nagle moje niedbałe zarzucenie mokrymi ręcznikami na sznur do prania i bylejakie przypięcie ich kolorowymi klamerkami. Zdecydowanie lepsza z tego filipińskiego macho gospodyni domowa ode mnie! W ogóle nienawidzę sprzątania, tego całego ogarniania domowych pieleszy. Chora jestem, gdy muszę odkurzacz wyjąć, zmywanie garów przyprawia mnie o migotanie przedsionków połączone z toczeniem piany, wycieranie kurzu zaś to udręka porównywalna tylko z myciem lodówki raz na kwartał. Ale, cholera, jeszcze bardziej nienawidzę syfu, szczególnie w kuchni i łazience, więc staram się jakoś to ogarnąć- z mizernym skutkiem, bo jednak przy małym dziecku codzienne sprzątanie to syzyfowa praca. Więc wszystko jakoś tak "po łebkach", bo co poprawię narzutę na kanapie (mam takie odruchy maniakalno-obsesyjne)czy zamiotę, za dwie godziny wszystko wraca do sytuacji sprzed. Wiem już na pewno, że gdy będę w końcu obrzydliwie bogata, "pani do sprzątania" będzie zdecydowaną, silną pozycją na domowej liście płac. A teraz pytanie z dziedziny podchwytliwych: jak to zrobić, żeby się te cholerne krążki na kuchence gazowej domyły??? %6%$%%&&()*??>@)(*YYYT^%$#$#$0:>>""""@@!!!!!

wtorek, 9 października 2012

Dzień zwykły chyba


Tydzień drugi przedszkola, dziś wreszcie N. poszła z uśmiechem, i z uśmiechem mi pomachała na do widzenia. Mam nadzieję, że stopniowo zacznie się też bardziej z dziećmi integrować. Może mieć wprawdzie problemy z imionami swoich przedszkolnych kolegów i koleżanek (między innymi, fonetycznie zapisując, Dżazira, Paradżit, Donte-ej i pewna Izyda "po naszemu mówiąc", ale jakiś Michael tez chyba jest -"jak rycerz Mike", oraz nawet Ola nasza swojska), no ale żywię nadzieję, ze zdolności językowe mojego dziecka nie dadzą jej zginąć marnie. Po drodze zaskoczyła mnie tekstem, na widok niemowlaka w wózku: -"Patrz mamo jaka słodziutka dzidzia!" Skąd ona bierze te teksty?Ani chybi za dużo mini-mini ostatnimi czasy, czy tez bajek na jutubie. Bo my się raczej słowotwórczo nie pieścimy...Owszem, są zdrobnienia ("dawaj tę nóżkę chudą, zaraz ją zjem!!"), ale i zgrubienia ("zakładaj gacie, ile z tym dupskiem gołym latać będziesz!"), jak wszędzie, ale chyba bez specjalnych nadużyć. No dobra, koniec marnowania czasu, czas do roboty brać się. Jeszcze tylko pooglądam trochę obrazki Fede Saenza, ku inspiracji i podniesieniu ducha-mój ulubiony:
No może mało optymistyczny...ale piękny.

poniedziałek, 8 października 2012

Rachunek ekonomiczny

Muszę, muszę to zapisać! Wybrałam się z N. do polskiego sklepu "za rogiem". Podczas gdy ja dumałam nad regalem warzywnym (zupełnie nie mam inwencji twórczej obiadowej ostatnio), młoda przystanęła przy-oczywiście-regale ze słodyczami. Bo przecież one tak cudownie przypadkiem w tych sklepach ulokowane, na wysokości metra od podłogi, prawda, co by małe oczka wszystko dokładnie widziały, a małe rączki nie miały problemu z dosięgnięciem.Przeklęci niechaj będą specjaliści od marketingu! Ale, do rzeczy. Stoję ja sobie, ogóry oglądam i kalafiory, aż tu słyszę, miła pani w bardziej niż średnim wieku, zagaduje do Niny: -Co, chciałabyś ciasteczko, aniołku...?Może mamusia ci kupi!-i łypie w moją stronę z "porozumiewawczym" uśmiechem. Ja udaję, ze to nie moje dziecko, kątem oka jednak zerkam, w razie gdyby uprowadzić chciała "aniołka". Który to-zazwyczaj zachowując powściągliwe milczenie wobec obcych!- tymczasem, odpowiada swej rozmówczyni: -Tak, ja chciałabym takie ciacho. Ale mamusia mówi, że ząbki się popsują, a ona nie ma pieniążków, żeby nowe kupić ząbki, bo to strasznie dużo monetów potrzeba. Mamusia nie ma tyle monetów, a tatuś jeszcze piwo chce! Wychodzi na to, żem nie tylko wyrodna matka, dziecku łakoci odmawiająca, ale jeszcze patologicznie poddana ojcu dziecka-alkoholikowi ;)

Pażdziernikowo-przedszkolnie

Zdenerwowałam się sama na siebie i wracam do pisania. No, wracam, mowię! A jak znów przestanę, to się położę na ulicy żeby mnie coś rozjechało, bo na litość boską, trzeba w tym życiu coś, jakoś robić więcej, niż tylko zmywać gary, liczyć grosze przy codziennych zakupach i marzyć o lepszym jutrze. A, dziecko rośnie, i za moment wszystko się we łbie matce pokiełbasi, poprzestawia, pozapomina-a to chwile, zdania, momenty ulotne jak ptasi puch. No dobra, poetycko było, a teraz fakty. jest pażdziernik, 2012, Ninul liczy sobie lat 3 i 2 miesiące, i własnie zaczęła była karierę w brytyjskiej placówce edukacyjnej. Placówka w postaci przedszkola przyszkolnego położona jest 200 m od domu, i nienajpiękniejsza na pewno, ale w głębokiej d..... poziom edukacji i urodę owej miałam, zapisując ją tam, gdyż liczył się jedynie dystans, jaki w razie dramatu i awarii miałabym do pokonania, by dziecko uratować. Pokonanie dystansu trwa może 2-3 minuty w jedną stronę, więc satysfakcja z mojej strony pełna. Z tej to przyczyny nie wdawałam się w żadne dyskusje na temat przedszkolnych rankingów, opinii, nie obchodziło mnie, czy przedszkole na internetowej liście jakiejś tam "konsumenckiej" ma ocenę excellent, czy tylko good, albo zgola not great. Wyszłam z założenia, ze to tylko przedszkole , grupa trzylatków, zaś sesje trwają jedynie 3 godziny, więc o poziomy i oceny martwić się będę za rok, gdy dzieć trafi do "zerówki" (takie określenie tu nie istnieje, no ale dla uproszczenia) i to na 6 godzin. A teraz...po poprzednim tygodniu, kiedy to pierwszy dzień był dość dramatyczny przy odbiorze, drugi zaś przy zostawianiu małej, a kolejne upłynęły w miarę pozytywnie (buzia w podkówkę, ale bez łez! liczy się jako pozytyw, prawda?), a teraz już jestem spokojna, bo moje dziecko przetłumaczyło sobie, ze przedszkole to żadna tragedia, i ze mama wraca o 12. Wprawdzie szału nie ma-Nina nie należy do dzieci rzucających się na głęboką wodę grupowych zabaw, woli poobserwować z boku, ewentualnie sama sobie znaleźć zabawę-lepsze to jednak niż szlochy i kiełkowanie głębokiej awersji. Zastrzeżeń kilka mam po tym tygodniu ALE nie na tyle, by coś z tym robić. Nie jest źle, a najważniejsze, by się młoda przyzwyczaiła, ze czasem człowiek musi poegzystować w grupie/społeczeństwie. Nie mniej istotne są te 3 godziny "wolnego" dla mamy.Bo mama od 3 lat nie wie, co to "czas dla siebie". Naprawdę. I choć milion rzeczy może w tych porannych trzech godzinach robić, na razie siedzi w stuporze nie do końca wierząc, że oto jest w domu SAMA. A na koniec kilka zdjęć prawie-przedszkolnych, bo po wyjściu z domu do.