niedziela, 31 października 2010

Podmienione dziecię


Tak sobie myślę ostatnio, ze krzywa mina i fochliwość niebywała Niny to chyba rezultat jakiejś podmianki.
To, ze stanowcza się zrobiła, i na przykład bardzo podstępnie trzeba podejść do akcji odebrania jej pilota na przykład, to nic, to normalne.
Ale zaczęła akrobacje wyczyniać przy ubieraniu/przebieraniu/zmianie pieluchy-tak, że na płasko położyć się jej nie da. Zapasy w kisielu jak nic!
Albo przed snem wypicie mleka teraz...albo wyjście z wanny...dźwięki i spazmy jak przy obdzieraniu żywcem ze skóry połączone z torturami na kole.
A tak było miło przy powyższych czynnościach niedawno...jeszcze tydzień temu leżała sobie na przebieraku grzecznie i dyskutowała z misiem albo ze mną, śmichy-chichy były i luz.
Teraz ja się zimnym potem oblewam na myśl o zmianie jej pieluchy. Niedługo chyba sama zacznę pieluch potrzebować!

Ale, ale...ten mały ciepły łebek złożony na moim ramieniu tuż przed położeniem do łóżeczka, i ta podpowiedź subtelna: "A-aa!" (żeby śpiewać o kotkach kołysankę)-jakoś niweluje efekty podmianki. Jak już dotrwam do wieczora:)

sobota, 23 października 2010

Sobota pod znakiem krzywej miny

A tak, dziś była ze mną panna Maruda. Od jakiegoś czasu jest także znowu Nocną Marudą,a le żeby jeszcze w dzień matkę zarzynać żywcem...litości kochana, litości!

Choć poniekąd ją rozumiem.
Tyle ciekawych rzeczy się dzieje wokół, tyle można by zobaczyć-gdyby się wyższym, większym, szybszym było...a tak, zanim dotelepie się człowiek (no, mikro-człowiek) do drzwi na ogródek, już je zasuwają, że niby mokro tam i zimno...a jak coś na kuchence bulgocze, to też ręki tam wetknąć nie można, bo za wysoko! A takie dźwięki ciekawe!
No to trzeba spróbować jedynego działającego czasami sposobu-uwiesić się kolan mamy , wyciągnąć ramiona w górę dramatycznym gestem i przybrać ten błagalno-rozpaczliwy wyraz twarzy. Nie od rzeczy jest też rzucić spojrzenie zranionej sarny oraz wydać zestaw dźwiękowy "A". (zestaw "B" zachowujemy na chwile prawdziwego alarmu, ma on specjalne, wzmocnione zasilanie).

Nie zmienia to faktu, że mama ledwo żywa, a na dodatek tata stwierdził dziś, ze zbyt małej pobłaża. Było to przy kolacji, Nina koniecznie chciała odebrać tacie widelec, nie odpowiadało jej, ze sama dostała plastikowy. Oczywiście nie dała sobie przetłumaczyć, ze duży metalowy widelec takiemu maluchowi może oczko uszkodzić czy też podniebienie. Więc nastąpiła seria ryków protestacyjnych. Wtedy tata stwierdził, ze mama dziecię rozpuszcza.I ze gdyby to on z dzieckiem sam pobył przez dwa dni, dziecko znałoby przysłowiowy mores.

Tak. Albowiem tata posiada magiczne moce. Wystarczy, że powie dziecku: "Nie kręcimy pokrętłem od gazu, to niebezpieczne" i dziecko pojmie od razu ogrom niebezpieczeństwa. Zasady savoir-vivre`u przy stole również przyswoiłoby sobie w ciągu jednego popołudnia.
Zachowałam dla siebie litościwą uwagę, ze uciekałby gdzie pieprz rośnie lub wzywał pomocy jeszcze przed południową drzemką...

Myśl łacińska na dziś, bo dawno nie było-wybrana na chybił trafił:

"Quomodo fabula, sic vita: non, quam diu, sed quambene acta sit, refert
" (Z życiem , jak ze sztuką w teatrze: ważne nie jak długo trwa, ale jak jest zagrana)-by Seneka.
Bardzo ładnie, panie Seneka, i jakże trafnie!

A dodam jeszcze na koniec zdjęcie naszej całkiem nowej ciągle jeszcze chusty z edycji limitowanej Girasola. Oto Santa Fe, w duecie z Ninulową lalą od cioci Asi z Paryża-to już rok Asiu! Specjalnie dla Ciebie kochana-trafiłaś kolorystycznie w 10, choć taka chusta jeszcze się nawet tkaczom w Gwatemali nie śniła wowczas:)

środa, 20 października 2010

Sesja paszportowa

Ponieważ mam zamiar wybrać się w końcu do polskiego konsulatu po nowy paszport Niny, zrobiłyśmy dziś małą sesję na sofie. Oczywiście Niny nic absolutnie nie zajmowało innego poza posłusznym pozowaniem, żadne grzebanie w portfelu, czytanie książeczek, strojenie głupich min, ależ skąd...nabożne skupienie li i jedynie!







Ale jakieś udało się pstryknąć mniej więcej w paszportowym trendzie-we`ve got the winner:



(Urzekająca fryzura a la Piast Kołodziej to rezultat wczorajszego podcięcia grzywki, która już się maluchowi ewidentnie między siekacze pchała.)

A tu jeszcze pierwsze zdjęcie paszportowe młodzieży, sprzed roku nieco ponad, gdy miała 6 tygodni-śmieszny mały kosmita!

niedziela, 17 października 2010

Katar-zis trwa

A tak, Nina nadal zasmarkana, choć jakby mniej nieco. Słońce nawet dziś zaświeciło, więc wyszła z tatą rano na zakupy (tak tak, sam z siebie zaproponował, że ją zabierze!), ja w tym czasie asystowałam landlordowi w zaklejaniu dziur w panelach w łazience-tzn. ja zajmowałam się swoimi sprawami na dole, on balansował na wannie w łazience.
Istnieje w związku z tym szansa, że sufit w salonie na dole nam się nie zwali na głowy od nadmiaru cieknącej podczas prysznicowania wody.
Pozostaję niemniej w nieustannym zadziwieniu nad ulotnością angielskiego budownictwa...

Po południu wyszłam i ja z Niną na chwilę, głownie po to, by w słonecznym blasku sfotografować Azura Izy-Tsumiko, który u nas gości. Zdjęcia popełnił Paweł, więc są, jakie są...;)






A tu azurek cyknięty przeze mnie wczoraj-toż to prawdziwy worek na ziemniory!

środa, 13 października 2010

Spadanie w dół

Hm, a można w górę spadać...? pewnie w stanie nieważkości tak. Uznaję, że macierzyństwo jest stanem nieważkości. Nigdy nie wiadomo, gdzie góra a gdzie dół, no i jak by tu stanąć wreszcie na nogi...

Ninę zaatakował dziś katar. Zaczęło się od kilku niewinnie wyglądających pociągnięć nosem i kichnięcia, ale ja już wiedziałam, że będzie źle.
No i jest.
Czas drzemki spędziła właśnie na rykach w łóżeczku i poza nim (to jest na moich rękach opadających do samej ziemi), a to przecież tylko preludium, bo czekają mnie (tak, mnie, nikogo innego) tym samym 2 tygodnie katarowego koszmaru, oznaczającego nieustanny ryk, niemożność jedzenia i jeszcze gorsze niż normalnie spanie. A właściwie, brak spania. Już dziś w nocy miałam przedsmak, mimo że kataru nie było, ale z jakiejś przyczyny mała uznała, że fajnie będzie budzić się co godzina (i mnie tym samym).

Nie śpię od 14 miesięcy. Czy możliwe jest w takim stanie życie z celem na horyzoncie i niestrzelenie sobie w łeb?

.....................................................................................

Za moment północ, Nina budzi się co 30 minut, płacze przez 15, zasypia, i tak w kółko. A ja oczywiście biegam utulić, bo cóż więcej mogę zrobić z jej przeszkadzającym spać katarem? Kominek z olejkami płonie, maść majerankowa pod nos zaordynowana, cóż więcej?

Myśl na dzisiaj z mojej "Łaciny na co dzień":Ergo bibamus!
A więc pijmy. Dziś lampka czerwonego wina. Ci Rzymianie mieli jednak rację w tylu sprawach...

czwartek, 7 października 2010

Seszele

Marzą mi się, marzą...i na razie w sferze marzeń pozostaną.
Zadowolę się więc chustą pofarbowaną w kolorach seszelskiej plaży. Taki erzac na chwilową niemożność-Zara Seszele.
A wyszła nawet nieźle-gradacja równa i gładka-wreszcie!







Na farbowanie załapał się też wiskozowy szal:

poniedziałek, 4 października 2010

Krysmas się zbliża;)

Sąsiad Gienek (no dobra, Eugene...) wraz z rodziną doszedł najwyraźniej do wniosku, że czas się już szykować do świąt, i w tym celu okno przy wejściowych drzwiach swych przyozdobił wybitnie świąteczną dekoracją w postaci brodatego Mikołaja i dzwoneczków.
No to skoro święta idą, prezenty czas zacząć kupować...znalezione dziś w nieodległym sklepie buty dla -najprawdopodobniej-Nawojki:

niedziela, 3 października 2010

Zyj kolorowo...

Wczoraj wreszcie udało mi się sfinalizować farbowanie chusty-pozazdrościłam chuściarom gradacji i postanowiłam sama sobie zrobić, mając w zanadrzu didymosową bladą Chiarę oraz barwniki Procion.
Po dwóch wieczorach spływania potem w ciasnej, pozbawionej okna łazience, z oparów malinowego różu i czekoladowego brązu narodził się smakowity Mus Czekoladowy, Z Malinami oczywiście:





Wygląda pięknie, choć, zmuszona dosłownie WYMYŚLIĆ instrukcję farbowania metodą gradacji (w internecie nie znalazłam, choć szukałam wieki całe), popełniłam kilka błędów w trakcie farbowania czekoladowej połowy; teraz już jednak wiem, czego NIE robić następnym razem. A następny raz się odbędzie, bo farbowanie wciąga!
Jest to, jak by nie patrzeć, coś twórczego...

Tymczasem Nina wczoraj zakomunikowała mi swoja potrzebę łącząc dwa znaki migowe-mianowicie chęć na mleko. Pokazała rączkami (obiema!) symbol mleka, po czym wskazała na siebie paluszkiem. I tak kilka razy: "mleko" + "ja" (w domyśle: "chcę"). Muszę przyznać, że byłam potężnie zaskoczona-to prawie jak wypowiedzenie się całym zdaniem!:)
Jeszcze na koniec zdjęcie z wczoraj-jakoś tak różowo nam ostatnio (a ja tak nie znoszę różu!Wot, zagwozdka...)