sobota, 25 grudnia 2010

Święta, święta ech...



No więc pierwszy dzień świąt dziś, wczoraj wigilia byla, w TV nieśmiertelny Kevin sam w domu znów pozostał, a ja jakoś mam wrażenie, że żadnych świąt nie było.
Pierwszy raz w życiu nie czuję NIC.
Może przez to że w tym roku kompletnie bez rodziny z mojej strony (ech, dwa lata temu w Londynie Wiśnie z nami byli, i Nawojka malutka jeszcze...).
Może przez to że jakoś zabrakło wzruszeń związanych z całą oprawą, dekoracjami, gotowaniem...bo owszem, i choinkę ubraliśmy, i zrobiliśmy naszą porcję dań na wspólną wigilię u Magdy, ale jakoś tak wszystko beznamiętnie się odbyło, że nawet kolęd zabrakło.
Chciałam, żeby Nina zawsze miała piękne i wzruszające święta...i wierzę, że takie jeszcze będą. Ale już nie będziemy ich spędzać w Londynie!

środa, 15 grudnia 2010

Idzie nowe...



...a raczej nowsze i nowsze każdego dnia!
Zadziwia mnie codziennie to, jak szybko i jak niesamowicie Nina się rozwija. Tak, wiem, że to cecha wszystkich dzieci, ale ja mam jedno i właśnie ono mnie zadziwia!:)
Są rzeczy, których ona nie chce sobie przyswoić, bo z jakichś względów jej nie pasują, ale za to inne łapie w lot i szokuje mnie niespodziewanym użyciem.
Przykład:
Nina leży na przewijaku (jeszcze się mieści, choć już mocno wystaje), zmieniamy pieluchę (czyli "popę"). Po przewinięciu zakładam jej skarpetki, mówię:
-Nina, jedna noga raz, druga noga-dwa...
A ona na to:
-Tsi! (trzy)
To było parę dni temu, i od tej pory za każdym razem gdy ktokolwiek rozpoczyna liczenie głośne, Nina uzupełnia o "trzy".
A dziś asystowała mi przy odmierzaniu mleka na noc. Liczyłam, ostatnią siódma miarka wylądowała w butelce. Po moim glośnym "siedem", Nina wpatrzona niczym sroka w gnat w miarkę wykrzyknęła radośnie: -Sie-em!

Dobry znak, liczenie idzie jej nieźle, więc może dojdzie do obrzydliwego bogactwa prędzej niż pechowi nadal w tym względzie rodziciele:)

I jeszcze pro-krysmasowe zdjęcie, w duchu: "-No to co robimy z tymi bombkami?Bo zjeść się tego nie da mamo, sprawdziłam!"