Odprowadziłam małą do szkoły.
No tak, bo od września przecież "big school", czyli reception (taka jakby tutejsza zerówka, ni to już przedszkole, ni to jeszcze pierwsza klasa, choć na terenie szkoły, i z elementami obu. )
Do piątku trwał jeszcze dwutygodniowy okres adaptacyjny, od 9 rano do 13.15, poza tym była jeszcze mama, więc można powiedzieć, że poniekąd wakacje trwały...a dziś już mokry, późno-wrześniowy poniedziałek, mama wyleciała do Polski wczoraj, dziś w nocy Nina spała znów w swoim łóżku (ale oczywiście przytuptała do mnie w nocy, niemal na śpiąco), a rano tylko we dwie zjadłyśmy śniadanie i podreptałyśmy do szkoły. Od dziś już mała zostaje tam do 15.30.
Wróciłam do domu ciągnąc za sobą osamotnioną hulajnogę i rozryczałam się, oczywiście.
Może to hormony, któż to wie, choć ja w teorię hormonalnego ciążowego rozpierdzielenia osobowości nie wierzę, ba, mam wrażenie że w tej ciąży jestem spokojniejsza i bardziej wyważona niż przed.
Ale ogarnęło mnie takie jakieś poczucie pustki. Już nawet nie chodzi o to, że dziecko mi nie na pół gwizdka, ale na cały gwizd z gniazda wyfruwa powoli, bo przecież cały dzień już w szkole...i wiem, wiem, że jej tam dobrze, że ma zajęcia, że się rozwija, bawi, uczy, jest aktywna w sposób, w jaki nie mogłaby być spędzając całe dnie w domu, bo wiadomo jak to w domu....i wiem, że mam wreszcie ten upragniony czas dla siebie i swoich zajęć (na brak których nie mogę narzekać,za dużo do zrobienia, cele do osiągnięcia, plany i realizacja ich...)...
Chyba chodzi o to, że nagle się ta rozciągana pępowina powoli zaczyna na dobre przerywać. Tak, ja wiem, tak trzeba, to naturalne, i daleko mi od kwoki co to by dziecko pod kiecką trzymała do emerytury. Ja myślę o emocjach i o ciągnącym się od pokoleń niedopowiedzianym konflikcie, jakimś układzie powtarzalnym, obecnym w życiu moim, mojej mamy, jej mamy, wszystkich sióstr, ciotek, ich córek...podświadomie chyba chcę mojej córce rekompensować owe pokoleniowe emocjonalne rodzinne braki i dopowiedzieć niedopowiedziane.
Chcę, by była od nich wolna i chcę, by wyrosła na w pełni szczęśliwą, spełnioną i spełniającą się osobę, bez tych wszystkich naleciałości i bagażu.
I boję się, czy mi starczy mocy na to?
Czy dam radę?
A przecież za moment już pojawi się na świecie druga dziewczynka...
Lepiej się pozbieram.
