poniedziałek, 26 listopada 2012

Kto kocha poniedziałki?


Ja nie. Dziś Nina wstała lewą nogą i zdecydowanie jej nastrój udzielił się i mnie. Oczywiście przeszło jej jak ręką odjął, gdy tylko wyszłyśmy z domu i zanurzyłyśmy się w odmęty codzienności, czyli ruszyłyśmy w deszczu do szkoły. Mnie nie przeszło, niestety, no ale ja jestem starszy, niedoskonały model. Droga do szkoły długa nie jest, ale wystarczająca, by się trzyletni człowieczek odziany w kalosze i dzierżący parasol Świnki Peppy zdołał wywalić na nierównym chodniku. No więc, zbieram ją z tego chodnika, wycieram łzy i gluta, zapewniam że rączki są całe i nie trzeba plastrów naklejać...i słyszę śmiech. Zbliża się kawalkada trzech córek, które ojciec do tej samej szkoły odprowadza, jedna z nich uznała najwidoczniej, że to bardzo śmieszne, widok innego dziecka, zdecydowanie młodszego, bardziej niezdarnego, rozłożonego na chodniku. Rzuciłam jej mordercze spojrzenie i , jako że byli już blisko, zapytałam, czy to faktycznie takie zabawne. Dziecko (na oko 6-7 letnie) zmieszało się, śmiech jej zamarł pod wpływem mojego bazyliszkowatego spojrzenia...i dobrze, tak ma być. Tylko że głupi chujek, za przeproszeniem, ojciec tych dziewczynek, ani słowem się nie odezwał! Nic! Żadnego: "Córko, nie godzi się śmiać z cudzego nieszczęścia, tobie też może się zdarzyć przecież". Żadnej złotej myśli ze skarbnicy dalekowschodnich mądrości, jakie zapewne miał przecież w genach zakodowane. Null, zero. Po prostu pogonił latorośle, żeby szybciej nas ominęły. Z daleka tylko słyszałam połajanki, jakich roześmianej jeszcze przed chwilą udzielała jej starsza siostra. O tyle dobrze... Ale ale. Jak ci rodzice niektórzy wychowują swoje dzieci? W dupie mają chyba fakt, że wszystko, każdy codzienny szczegół, najmniejsze wydarzenie jest dla dziecka nauką? Że szkoła życia nie ma wakacji i trwa każdego dnia? Że to od nich zależy, jakiego dorosłego uformują ze swojego dziecka...?Dlaczego obcy ludzie na ulicy (i mądrzejsze starsze siostry) mają spełniać rolę wychowawczą? Serio, mam ochotę w porze odbioru dzieci ze szkoły zaczaić się na idiotę i trzepnąć go moim wielkim,burdelowym, ciężkim parasolem w ten zakuty, prosty łeb. Nie ma we mnie miłości do ludzi dziś.

poniedziałek, 19 listopada 2012

O nauce w przedszkolu


Przedszkole Niny komunikuje się z rodzicami za pomocą "listów", kartek A4 zadrukowanych aktualnymi zagadnieniami, problemami, wręczanych dzieciom przy odbieraniu z placówki. I dobrze, nie ma tłoczenia się do wychowawczyń, bezsensownej paplaniny etc w sprawach mniej ważnych. Ostatnio taka wiadomość zawierała opis krótkiego planu działania na drugą połowę roku. Poznawanie tradycji i świąt różnych kultur w tym "festive period" jaki aktualnie trwa-oczywiście, przecież to Londyn, korytko świata-bardzo w porządku, czemu nie; nauka zachowań społecznych-też wszystko jasne, 3 i 4-latki są już wystarczająco hm, kumate, by wiedzieć, że nie należy wrzeszczeć czy próbować wydłubać gałki oczne koledze, który wyrwał im zabawkę. Proszę, dziękuję, przepraszam, do widzenia, oczywiście, jak najbardziej, choć w mniejszym czy większym stopniu większość dzieci zapewne to potrafi. Ale utrwalanie nie zaszkodzi... Za to kolejne punkty, dotyczące tych bardziej "naukowych "zagadnień, uniosły mi brew na czole. Otóż przedszkole zamierza w drugiej połowie roku nauczyć dzieci, uwaga, liczyć do pięciu, abecadła, oraz rozróżniać podstawowe kolory. Ja rozumiem,że Ninul należy do tej bardziej rozgarniętej młodzieży, skoro zaczęła gadać prędzej niż chodzić; abecadło w obu językach znała w wieku 2 lat, kolory wszelakie także, a nawet wcześniej, a od paru dni kombinuje, jak poukładać liczby prawidłowo po cyfrze 100, bo do stu to mały pikuś, także w obu językach. I nie, nie chwalę się, choć miło mi, gdy po jej popisach wokalno-recytatorskich na poczcie czy w autobusie słyszę od obcych ludzi, że to bardzo "bright girl". No może i bright, jak na trzylatkę, ale chyba większość 3 -letnich dzieci, że o 4-letnich nie wspomnę, potrafi POLICZYĆ DO PIĘCIU, NAZWAĆ PODSTAWOWE KOLORY I WYMIENIĆ LITERY W ALFABECIE?? Czy to tylko taka specyfika Wielkiej Brytaniii, że nie potrafią, skoro program przedszkolny dla 3 i 4 latków zawiera takie założenia? Strach się bać, co to będzie w szkole. Zapewne ułamki dziesiętne przewidziane są na klasę maturalną, a Szekspir w programie uczelni wyższych.

sobota, 17 listopada 2012

O śnie raz jeszcze...


Pamiętam, gdy Nina miała około roku, a może mniej (lub nawet więcej...?), mama "pocieszała" mnie:-No taki egzemplarz ci się trafił, twój brat też był wyjcem i dziennym i nocnym, i też nie bardzo mu spanie szło. Ale gdzieś w okolicach 3 lat zaczął już normalnie spać w nocy, więc jest nadzieja i dla Niny. Well, mamo droga, zgłaszam oficjalne zażalenie na geny! Nina ma lat 3 i 3 miesiące, i nadal ni chu-chu. Znaczy owszem, zdarzy jej się przespać "ładnie" noc, ja nawet pół niezakłóconej wyciem, rykiem i krzykiem nocki też uznaję za sukces, ale na litość-to są przypadki tak rzadkie, jak angielskie słońce.No do dupy po prostu. Ja wiem, że mam cierpliwość tybetańskiego mnicha, dzierżę nieprzespane noce i koncerty na najgłośniejszy i najbardziej nieutulony wrzask od trzech lat i 3 miesięcy, wędruje cierpliwie między łóżkami, pokojami, przenoszę, zostawiam, wynoszę-ale czasami, jak dziś, mam ochotę tą głową moją szczelnie otuloną kocem otumanienia z niewyspania stuknąć w ścianę i otumanić się na dobre. Hitlerowscy i stalinowscy psychopaci dobrze wiedzieli, jaką torturą jest dla człowieka brak snu. Chroniczny, bezlitosny brak snu. A dziecko in question...? Zawsze, qrrva, rześkie niczym górski potok...Jak ona to robi??

sobota, 3 listopada 2012

Nie wierzę w....


...Perfekcyjne Panie Domu. Z dużej litery pisane, rzecz jasna, bo Perfekcyjność tychże Pań zasługuje na duże litery. W odróżnieniu od bylejakości zwykłych kur domowych, takich jak ja aktualnie. Spędziłam dziś dwie godziny-dwie!!-na doprowadzaniu do porządku strefy naszej dziennej, li i jedynie. I to nie, że w kuchni na błysk, o nie, kuchnia "po łebkach"-za to zawzięłam się, by doprowadzić do jako takiego porządku tzw. salon czyli pokój dzienny, aka living room. Na marginesie dodam, że wcale owego nie zapuszczam, o nie, sumiennie zamiatam, odkurzam i latam na mopie raz w tygodniu, kurze też przetrę gdy mi się w oczy rzucą (lub mężowi prędzej), a w ogóle to przecież co wieczór odbywa się odgruzowywanie owej części dziennej z klamotów Niny. Kto ma potomstwo, ten wie, o czym mowa, niestety....i żeby było jasne: marnować czasu na sprzątanie serdecznie nie znoszę, jednak jeszcze bardziej nienawidzę klejąco-śmierdzącego syfu w stylu brudnych naczyń, tygodniowych okruchów na podłodze, porastających mchem resztek czegoś sprzed miesiąca, tłustych zacieków na drzwiczkach od szafek, monokultury na kuchence, ech, ze już o łazienkowych atrakcjach nie wspomnę. Więc sprzątam i klnę, bo efekt każdorazowego takiego sprzątania trwa mniej więcej 5 minut. Krew w piach, normalnie, że zacytuję bohatera. Ale myślę, że specjalnie heroiczna ta moja syzyfowa praca nie jest, każdy normalny człowiek, niechcący zostać pomylonym ze świnią jakieś tam minimum wykonuje. Wracając do meritum-więc dziś mnie ruszyło i postanowiłam zrobić Błysk Miesiąca. Po dwóch godzinach, parując i tocząc pianę (skąd wprasowane na amen w panele rodzynki pod kanapą, ja się pytam, skoro nikt tam nie wlezie i nie wdepcze ich??skąd zmumifikowane fragmenty kotleta-chyba!-za kaloryferem, n a ś c i a n i e ?? ), zasiadłam triumfalnie i rzuciłam okiem wokół...na ch..... to wszystko, zaprawdę. Panele permanentnie poplamione, na ścianach Ninulowe hieroglify i freski sprzed roku, ława z politury obłupiona tak, że nawet nakrycie jej zgrzebnym płótnem w charakterze obrusa nie skutkuje niczym miłym oku,bo nogi i tak widać. I tak dalej. Więc-nie,żebym aspiracje do tytułu jakiekolwiek miała-ale dochodzę do smutnego wniosku, że te wszystkie Perfekcyjne Panie Domu, co to specjalną szczoteczką szorują codziennie przestrzenie między kafelkami, czy bezwiednie smyraja abażury wypielęgnowanymi dłońmi w białych rękawiczkach, to albo muszą być bezdzietne i mocno znudzone, albo chore psychicznie (z całym szacunkiem dla chorych psychicznie). Ani to przyjemne bowiem, ani efektywne. Chyba że...istnieje cień szansy, że gdy człowiek jest "na swoim", to mu się po prostu chce. Chce się (obsesyjnie) dbać i czyścić te kafelki z Tubądzina czy wręcz Fired Earth, chce się tę sofę La Roche Bobois pieścić codziennie miotełką z pawich piór. No zobaczymy, miejmy nadzieję, że się kiedyś w końcu przekonam. Ale nie. Jak już będzie mnie stać na sofę Roche Bobois, to i na panią do sprzątania też!