http://www.youtube.com/watch?v=MYkqK_dOU50
Nie wiem czy dlatego, że jestem w ciąży, ale wszystko co ma jakikolwiek związek ze sztuką, pięknem -muzyka, obrazy,slowa-wywoluje u mnie lzawienie. Zresztą, nie tylko rzeczy piękne, bo i dramaty wszelkiego rodzaju też, co już jest dla stanu oczekiwania hm, normalniejsze chyba.
Ale ale, wracając do piękna-Sinead na dziś. Kocham jej glos niezmiennie od wielu lat, a ta piosenka z podkladem Massive Attack to arcydzielo, to zimny oklad na gorączkę duszy i lek na ból codzienności.
Piję latte, za oknem slońce (! nie do wiary! wreszcie i tutaj...) i względne cieplo, Nina w przedszkolu jeszcze przez godzinę. Na biurku sterta korespondencji i rachunków do oplacenia (zawsze się jakoś dziwnie sklada, że wróci czlowiek zrelaksowany z wakacji po to, by ze stertą się zetknąć. By się po wakacyjnym odpoczynku przypadkiem za dobrze nie poczuć,zapewne- jakieś kolejne przewrotne prawo Murphy`ego!)
Ale mimo wszystko...
it`s all good! Jest dobrze! Mamy na ten przyslowiowy chleb, mamy caly dach nad glową, mamy zdrowie...jako takie, ale mamy. Nikt nam nie grozi kalasznikowem, nikt nie zrzuca bomb na dom, ziemia się nie trzęsie.
To są skarby, to są cuda!
Na pohybel pesymizmowi, czarnowidztwu, krakaniu i zalamywaniu rąk nad rzeczami nieistotnymi w wielkim scenariuszu życia, powtarzam za Sinead:
And to survive their sting, yeah
You have to be the king, yeah
Grasp the wealth of yourself
Obejmuję siebie dziś wewnętrznie i trwam w nadziei, że mi nie minie...