Dziecko to największy granat, jaki można komuś wrzucić w życiorys. I nie chodzi o nieprzespane noce (choć bogowie wszyscy możliwi mi świadkami, że akurat ja na ten temat mogłabym doktorat popełnić, z habilitacją od razu), kwękanie, jęczenie, rozsmarowywane żarcie na kanapach, niekończące się wydatki w postaci ubrań i nowych butów co 6 miesięcy, bóle ząbkowania, kolki, katary, tony zabawek bez ładu i składu, i cały ten radosny asortyment.
Nie, to wszystko do zdzierżenia, do ogarnięcia, do zwyciężenia. Veni, vidi, vici!
Największą zagwozdką jest świadomość, że odtąd już na zawsze człowiek jest skazany na strach i zamartwianie się. Że odtąd już zawsze, po obejrzeniu filmu, w którym ktoś porywa z sypialni dziecko, trzeba będzie nonszalanckim krokiem, że niby do łazienki, by partner/mąż nie popukał się w czoło, wejść na górę i zerknąć, czy w w pokoju śpiącego dziecka wszystko w porządku, i czy przypadkiem jakiś psychol nie dobiera się do okna od zewnątrz. Że już zawsze w sklepie będąc, przeszukując jednym okiem półkę w poszukiwaniu musztardy dijońskiej, drugie oko będzie błądzić za pomarańczową hulajnogą, na której dziecko zatacza kółka wokół piramidy ustawionej z puszek groszku i kukurydzy. Że odtąd, gdy na skórze małej klatki piersiowej znienacka pojawi się tajemnicza wysypka, drżącą nieco ręką trzeba będzie włączyć komputer, by w nieskończonych czeluściach intersieci poszukać zgodnych symptomów, zanim się uda (niechybnie!) do przychodni.
Nie jestem panikarą, nigdy nie byłam. Pozwalałam dziecku przewracać się do woli, gdy stawiało pierwsze kroki,nie leciałam skrzecząc złowrogo, gdy uznawało, że babranie się rękoma w błocie podczas spaceru to fajna zabawa, nigdy tez nie ukarałam dziecka słynnymi polskimi czapkami-uszatkami, które polskie troskliwe mamusie permanentnie przytwierdzają do głów dzieciom do 2 roku życia, w wersji polarowo-wełnianej w sezonie jesienno-zimowym, i w wersji "przewiewnej", bawełnianej, na wiosnę i lato. Nigdy nie przejmowałam się zbytnio katarem i innymi pierdołami, koniecznymi w normalnym rozwoju dziecka.
Ale teraz, im Nina starsza, im bardziej się ode mnie oddala...bo przedszkole, a już od jesieni zerówka, a w następnym roku pierwsza klasa!tym większy odczuwam strach. Taki niedający się zracjonalizować, wyjaśnić, nazwać nawet.
Chyba nadeszła moja pora na panikę...
Ja też mam ten strach. Przed pójściem spać sprawdzam czy drzwi zamknięte na oba spusty. Przekręcam klucz w drzwiach piwnicy, upewniwszy się najpierw czy garaż zamknięty, a dodatkowo zamykam jeszcze bramkę przy schodach na górze. Paranoja...? I drzwi od pokoju zawsze otwieram, żeby wszystko słyszeć.
OdpowiedzUsuń