czwartek, 30 września 2010

Pierwsze kroki


Nie, nie założyłam własnej firmy ani nie wpadłam chociażby na żaden genialny pomysł, w końcu notatnik przy łóżku jest ich pełen, heh...
Ale zaczynam od uporządkowania codzienności-żeby zrobić przestrzeń dla NOWEGO.
No więc trzeba posegregować wszystkie papiery, papierzydła, rozpychające się w szafce z dokumentami, a także całkiem bezwstydnie poza nią; trzeba też wreszcie bieżące sprawy odnalezione w papierach pozałatwiać, żeby już nie straszyły piętrzącymi się kolumnami na żółtych karteczkach "Post it"
To jest zmora mojego chaotycznego nieco podejścia do domowej biurokracji-zakładam zawsze stosowne teczki i oznaczam odpowiednio poszczególne katalogi w foliowych "koszulkach"-żeby wiedzieć, co gdzie i do czego, rzecz jasna. Jest więc teczka pt. "Elektryczność", jest "Toyota" (a kiedys byla i leży ghdzieś obecnie na strychu teczka "Ford", a jakże), jest i "Konto kredytowe-O." (i osobna: "Konto kredytowe-P." oczywiście...), jest cały osobny segregator z papierami Niny, są nasze zdrowotne i ubezpieczeniowe katalogi...jest wszystko, tak. Od zawsze, w każdym kolejnym mieszkaniu, z każdą kolejną rzeczą i zjawiskiem pojawiającym się w naszym życiu i wymagającym uporządkowania.
A mimo to co jakiś czas nagle okazuje się, ze sterty papierów piętrzą się na biurku niemal po sam sufit; że nie można czegoś odnaleźć mimo ze na pewno przyszło zaledwie tydzień temu, otwierałam kopertę, pamiętam, przybrudzona była...no tak, może akurat wyjmowałam zakupy z koszyka, gdy listonosz wrzucił pocztę, i może pismo położyłam na lodówce?...
Więc potrzeba domowo-biurokratycznych porządków cyklicznych pojawia się co jakiś czas, nieubłaganie. Teraz też.
Zrobię więc to znów, ale tym razem papierzydłowe porządki upłyną pod hasłem odgruzowywania. W stronę jaśniejącej przyszłości tak...

Jeśli zaś chodzi o od-forumową separację, tęsknię za dziewczynami z Lipcówek. Zupełnie jakbym je znała osobiście, realnie, a przecież tylko jedną-Anię spotkałam na żywo. No tak, ale to nie jest zwykłe forum...cała reszta jest mi obojętna, nawet Rodzicielstwo Bliskości, które wymyśliłam i założyłam wespół-zespół z Martą T. Wiedziałam jednak, ze formuła otwartego forum się nie sprawdzi -dla mnie się nie sprawdzi, rzecz jasna, ale ja jestem dziwak.
Co potwierdza test, który sobie dziś poczyniłam w ramach auto-definicji:
http://www.enneagram.pl
Byłam szczera wobec siebie, z całym tym okrucieństwem jakie szczerość wobec siebie wymusza.
Wyszło na to, ze jestem 4. A dokładnie 4 ze skrzydłem w 5.
4w5.
Na razie analizuję sobie jeszcze ten opis.

wtorek, 28 września 2010

Reload


Postanowiłam na serio odciąć się od forów, tych gazetowych szczególnie.
Zabierają mi czas, energię i szargają nerwy. A ja jestem jak jajko-na wierzchu skorupka niby twarda, a w środku same gluty. Skorupkę łatwo poobtłukiwać, gluty łatwo wylać...a nie lepiej, by się jednak z nich coś ulęgło??

Żal niektórych wirtualnych miejsc, żal pewnych osób, ale chyba pora już ruszyć z kopyta.
Jestem pasywna, jestem wypalona, jestem wydrążona. I jest to tylko i wyłącznie moja własna "zasługa", nie próbuję nikogo ani niczego obwiniać.
W ramach odrodzenia więc, zatrzaskuję większość wrót (starając się jednakowoż nie palić wszystkich mostów, nigdy nie wiadomo, jak to na tych nowych pastwiskach będzie...), przywdziewam hełm i ruszam....może na początek niezbyt szybko, co by karku nie skręcić.

poniedziałek, 27 września 2010

Jesień-wrzesień

Idzie jesień i nie można się już łudzić, ze przyjemna pogoda zostanie mimo wszystko na dłużej...nie ma szans na krótki rękawek w październiku, jak w ubiegłym roku.
Wtedy pogodę ledwo zauważałam, z oczywistych powodów...
Przypominam sobie jakim to maluchem malutkim prawdziwym była świeżynka Ninulec wtedy-spacerowała z matką swą przez baby-bluesa zdominowaną po Bunny Park.






A teraz też spacerujemy, z tym że niestety rzadziej już tak długo (dlaczego??), no i po innym parku, Ravenor zwącym się. Taki to los nomadów bez stanu posiadania.
A Ninulec-maluchem maluteńkim już nie jest:








Ten profil pucołowaty rozczula mnie niezmiennie.

Z nowości: dziś postanowiłam nieśmiało rozejrzeć się za żłobkiem-dlaczego napisanie tego słowa wywołuje u mnie ścisk żołądka??Nie chce się z nią rozstawać, nie chcę jej "oddawać" nigdzie, nawet na kilka godzin...ale muszę już, MUSZĘ zacząć zarabiać, choćby grosze.
Ale w porządku, na razie tylko rozeznam się w sytuacji.

niedziela, 26 września 2010

E tam

Czyli nic się nie dzieje ciekawego, godnego uwiecznienia...tylko rozdrażnienie mi się powiększa, o.
Tata u nas weekenduje, do jutra aż, wiec pojechaliśmy na chwilę na Ealing coś tam załatwić; skorzystałam z okazji i nabyłam pannie N. kilka par body z długim rękawem, bo z pogodą ewidentnie nie ma już żartów.
W ramach rozdrażnienia nafukałam na faceta, który miał czelność władować się do Costy w momencie, gdy ja z wózkiem byłam już w połowie na zewnątrz. Przeprosił, stwierdził, że zamyślił się i nie zauważył nas-ale zanim doszedł do głosu, ja już zdążyłam nafukać.Ech, samej siebie mi żal-czuję się jak obalona ręką Niny wieża z klocków. I nawet costowa latte już nie smakuje tak, jak powinna smakować...

A propos Niny-zaczęła całkiem śmiało sobie poczynać z przesuwaniem się w pozycji stojącej, oczywiście nadal trzymając się tego czegoś, wzdłuż czego się przesuwa, ale jednak; zdarza się jej nawet trzymać tylko jedną rączką.
W samą porę, bo oto dochodzą nas słuchy, że Adelka w Ch. awansowała już do tytułu homo erectus, a umówmy się, ze jej do pierwszych urodzin w styczniu jeszcze sporo brakuje.

sobota, 25 września 2010

Prawie, prawie...

Wczoraj zajrzałam sobie na pocztę moją rzadziej obserwowaną, i znalazłam świeżego maila od Kasi. Zaprosili mnie z Niną do siebie do Stanów na dwa miesiące-oczywiście musiałabym postarać się o wizę (pikuś;), ale poza tym zaoferowali nawet zakupienie biletu.
Rozryczałam się wewnętrznie.

Drugi paszport Niny ciągle w fazie produkcji, obecnie na etapie składania papierów o wydanie polskiego aktu urodzenia w nowosolskim USC. Oczywiście, nie ma takiej mocy na Ziemi, by wszystko jakoś sprawnie i szybko poszło-oto mama przysłała mi jakiś papier do podpisania, bo na angielskim akcie urodzenia Niny był "błąd", czyli nazwisko matki jedynie panieńskie, podczas gdy obecnie matka ma panieńskie plus odmężowskie. I nic to, ze do aktu brano nazwisko z paszportu. Teraz trzeba zawirowanie z nazwiskiem matki odkręcać, co by nie było najmniejszych wątpliwości, ze to ja właśnie, a nie inna AC ją urodziła i wychowuje.

No więc siedzę i płaczę, bo mimo ze pobyt u Gonzów zawierałby w sobie element kilkugodzinnej opieki nad trójką maluchów (mam wprawę z Ch.!), to poza tym przecież...ech, przygodo, żegnaj przygodo....

poniedziałek, 20 września 2010

Motywacja

W jednym z odcinków mojego ukochanego, powtarzanego nieustannie w prywatnym kinie domowym Archwum X usłyszałam dziś tekst mniej więcej takiej treści:

There are three kinds of people:
Them who make things happen.
Them who watch things happen.
And them who wonder what happened.



Trzeba się postarać, by jednak być w tej pierwszej kategorii wreszcie!

Dorzucam jeszcze zdjęcie Ninulka z dzisiejszego wieczornego spaceru po parku-bo potem rozpętało się telefoniczne piekło z wyrzutami w tle, o którym nie warto nawet myśleć...

niedziela, 19 września 2010

Dzień figowy



Dziś pogodowo było tak sobie, ale wyszłyśmy z Niną na poszukiwania kurczaczego zezwłoku na okoliczność rosołu dla taty Niny. W sumie ekonomiczna zupa, bo z dzisiejszego rosołu jutro będzie szczawiówka albo pomidorówka.
Mama Niny zaś, jako chlorofilofil, spożyła duszone na oliwie warzywa.
A Nina....Nina oszalała na punkcie fig.
To ciekawe, stroniłam zawsze od nabywania tych owoców, odstraszona ich smakiem (i słodyczą!) w wersji suszonej. Tymczasem świeże są piękne, soczyste, słodkie umiarkowanie i bardzo smaczne! Kupiłam kilka dla ozdoby owocowej misy i wpadłam w fioletową otchłań smaku. Obie wpadłyśmy, zamotane dla wzmocnienia efektu w Zarę Tri-purple, której koloru co prawda nie widać na poniższym zdjęciu, ale ...tak właśnie dziś, otulone figowym smakiem, wyglądałyśmy...



O Zarze i innych chustach będzie jeszcze, bo to temat-rzeka, i właściwie obawiam się, że ciężko będzie z niej wyjść.

piątek, 17 września 2010

Nic wielkiego

Odezwał się do mnie kilka dni temu Jarek, który, jak się okazuje, kopie w ekipie prof. Myśliwca w Sakkarze, w Egipcie. Dziś też rozmawialiśmy. Poprosiłam go o kurtuazyjną pocztówkę z kraju faraonów, ale stwierdził, ze najbliższą pocztę znajdzie chyba w Kairze- w okolicy nie ma oczywiście niczego tak zbytkownego, a i miejscowi wieśniacy zapewne o poczcie nigdy nie słyszeli.
Wobec tego zadowolę się piaskiem saharyjskim w charakterze pamiątki, ale nie mogę łobuzowi w tej kwestii zaufać-pewnie zostanę obdarowana kilogramem piasku z krakowskiego placu zabaw jego synka.
Ale ogólnie miło, ze sobie przypomniał o moim istnieniu.
Jego obecna lokacja przypomniała mi o tym, ze i Bystronik chyba nadal nie wróciła z Catal w Turcji, gdzie kopią z Davidem już od dłuższego czasu.

A to wszystko prowadzi do poważnego kryzysu tożsamości (mojej)-jako osoby bądź co bądź również zawodowo zajmującej się "grzebaniem w starych kościach i skorupach", jak to kiedyś określiła siostra ma.
Tyle że do grzebania chyba tak szybko nie powrócę....ech, ale w porządku, za kilka lat umarli przed wiekami nadal nigdzie się nie będą wybierać. Jeszcze ich dopadnę!

Tymczasem opracowuję bezskuteczne strategie wieszania prania w ogródku bez ryzyka potknięcia się o małą "bum shufflerkę". Bardzo bezskuteczne.





czwartek, 16 września 2010

Dobre Życie


A więc tak, znów powraca to przemożne poczucie stagnacji i rutyny. To jak "dzień świstaka"-budzenie się każdego dnia ze świadomością, że nie zdarzy się nic zaskakującego, fascynującego, innego...Że znów przejść trzeba będzie od punktu A do punktu B dokładnie tymi samymi ścieżkami, aż do złożenia głowy na poduszce późną nocą. A ze ścieżek nie ma sensu zbaczać, bo nadrabianie strat zajmuje zbyt dużo czasu i energii, a przecież są rzeczy i sprawy, które należy wykonać, nawet jeśli się nie poświęca im zbyt wiele myśli w trakcie wykonywania. Trzeba zrobić śniadanie dziecku rano, a później po nim posprzątać; trzeba z dzieckiem się pobawić, pobyć aktywnie-i to są,czasem nużące, ale ciągle słodkie momenty...a poza tym, wiadomo, tu kurze zetrzeć, tam pranie zrobić i rozwiesić; w czasie gdy dziecko śpi przed południem, może coś samemu zjeść, kawy się drugiej napić, pocztę sprawdzić, poczytać coś...ale nie, bo już mała nie śpi. Więc potem obiad dla dziecka, spacer, potem gdzieś przedzwonić, jakiś formularz wypełnić, a potem już popołudnie i tańczymy do Fijacion Oral, szykując się do drugiej drzemki....A później trzeba obiado-kolację zrobić jakąś, no bo
a) nieprzyzwoicie byłoby powracającemu po całym dniu pracy łowcy mamutów zaoferować szklankę herbaty li i jedynie,
b)chociaż tak to uczucie okazać można, gdy słowa więzną w gardle,kiedy pierwszoplanowa rutyna i zmęczenie powalają na łopatki.
A wieczór już puka do drzwi, jeszcze chwila bycia razem przy jedzeniu, jeszcze moment zabawy taty z małą, potem kąpanie jej i usypianie...no i jeszcze ogarnąć dom przed nocą, jeszcze parę drobiazgów, może kawałek wspólnie obejrzanego filmu.
I już punkt B, znak "Stop" i głowa na poduszce.
Znowu nic się nie zmieniło...i tylko w środku szamotanina jakaś się rozlega, jakieś trzepotanie skrzydeł.

Ale miało być o dobrym życiu. Dobrym. Więc przypominam sobie, luźno tłumacząc, gdyż polskiej wersji nie posiadam-słowa Helen Nearing:

1. Postępuj najlepiej, jak potrafisz.
2. Bądź pogodzona/y z sobą.
3. Znajdź pracę, która przyniesie ci radość.
4. Żyj w prostych warunkach, pozbądź się niepotrzebnych gratów.
5. Obcuj z naturą każdego dnia: poczuj ziemię pod stopami.
6. Ćwicz poprzez fizyczny wysiłek: pracuj w ogrodzie, spaceruj...
7. Nie zamartwiaj się: przeżywaj każdy dzień.
8. Dziel się czymś każdego dnia z kimś innym-napisz list, oddaj coś zbędnego, pomóż komuś.
9. Włóż wysiłek w zachwycenie się światem i życiem; spróbuj dostrzec zabawną stronę życia.
10. Dostrzeż jedność życia we wszystkich rzeczach.
11. Bądź dobry/a dla wszystkich istot.


Można by rzec: 11 Przykazań Dobrego Życia. Chcę spróbować dostrzec w nich sens.

środa, 15 września 2010

Brzoskwiniowy odjazd

W nocy przyjechały do nas brzoskwinie. Z Polski przez Germanię, a potem całą Europę i pół Wielkiej Brytanii. W końcu, wracając z Birmingham, zahaczyły o zachodni Londyn, gdzie zostały przechwycone i z lubością skonsumowane.
Nie wszystkie, rzecz jasna, ale sporo od razu...a reszta dziś wylądowała w postaci musu w zamrażarce, jako zimowy Ninulowy dodatek do porannej owsianki.




A poza tym Ninul zaszczepiony dziś został, chyba po raz ostatni na długi czas. Nie licząc oczywiście odry i świnki, ale te atrakcje zostawiamy sobie na pobyt w Polsce, gdzie nabędziemy oddzielne szczepionki. Na pohybel koncernowi...wiadomo jakiemu!

wtorek, 14 września 2010

Wańka-wstańka

Teraz jest czas wstawania, podciągania się, i wstawania, wstawania, wstawania...łóżeczko świetnie się nadaje do wstawania, i sofa, i krzesło przy komputerze, ława, nogi mamy - szczególnie gdy w kuchni robi coś przy kuchence!-i sama kuchenka też świetnie się sprawdza jako stacjonarny balkonik.
Ba, nawet schody na górę wabią nieodpartym urokiem świetnie wyposażonej siłowni:)
Na dowód kilka kiepskich zdjęć zrobionych bardzo szybko i bardzo nieuważnie, ale czasu nie było na dostosowanie ustawień, bo wańka-wstańka jest szybsza niż błyskawica!








A uśmiech szelmowski wygląda tak:


poniedziałek, 13 września 2010

Bogini rzeczy małych








...trawestując tak sobie...bo na miłość właśnie drobiazgi się składają-rączki małe, i stopy śmieszne takie, z paluszkami jak karmelki, i włosy, które nagle się w ilościach wielkich pojawiły!
Tak to natura urządziła, a panna Nina nieświadomie epatuje.

sobota, 11 września 2010

Przedstawiamy się


Nina Elżbieta urodziła się w Londynie 4 sierpnia 2009 roku. To oznacza, ze ma już rok i tydzień, a więc okres niemowlęctwa odchodzi w przeszłość-chwilami ciężko się z tym upływem czasu pogodzić!
Ale zanim całkiem nam panna wyrośnie, wrócę jeszcze na moment do tych pierwszych chwil...

Teoretycznie miała pojawić się 30 lipca. 1 sierpnia wzięłam gorącą kąpiel z olejkami eterycznymi, umyłam na kolanach podłogi i zamówiłam w hinduskiej restauracji najostrzejsze danie z karty (ech, te sposoby babki - zielarki...:). Kąpiel mnie przytłumiła, od mycia podłogi rozbolały kolana, a hinduskie jedzenie przyprawiło pomagającego mi w konsumpcji Pawła o ciężkie dolegliwości trawienne (nad epizodem z gwałtownym poszukiwaniem toalety bladym świtem w centralnym Londynie dnia następnego spuśćmy litościwą zasłonę milczenia...).
2 sierpnia nad ranem poczułam jednakowoż, iż coś się dzieje, i był to początek drogi przez mękę, która zakończyła się 4 sierpnia o 18.12.
A patrząc na tę małą chudzinkę (53 cm, 3266 kg), cała męka jakoś zepchnięta została w głębiny zapomnienia...