Dziś pogodowo było tak sobie, ale wyszłyśmy z Niną na poszukiwania kurczaczego zezwłoku na okoliczność rosołu dla taty Niny. W sumie ekonomiczna zupa, bo z dzisiejszego rosołu jutro będzie szczawiówka albo pomidorówka.
Mama Niny zaś, jako chlorofilofil, spożyła duszone na oliwie warzywa.
A Nina....Nina oszalała na punkcie fig.
To ciekawe, stroniłam zawsze od nabywania tych owoców, odstraszona ich smakiem (i słodyczą!) w wersji suszonej. Tymczasem świeże są piękne, soczyste, słodkie umiarkowanie i bardzo smaczne! Kupiłam kilka dla ozdoby owocowej misy i wpadłam w fioletową otchłań smaku. Obie wpadłyśmy, zamotane dla wzmocnienia efektu w Zarę Tri-purple, której koloru co prawda nie widać na poniższym zdjęciu, ale ...tak właśnie dziś, otulone figowym smakiem, wyglądałyśmy...

O Zarze i innych chustach będzie jeszcze, bo to temat-rzeka, i właściwie obawiam się, że ciężko będzie z niej wyjść.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz