sobota, 25 września 2010

Prawie, prawie...

Wczoraj zajrzałam sobie na pocztę moją rzadziej obserwowaną, i znalazłam świeżego maila od Kasi. Zaprosili mnie z Niną do siebie do Stanów na dwa miesiące-oczywiście musiałabym postarać się o wizę (pikuś;), ale poza tym zaoferowali nawet zakupienie biletu.
Rozryczałam się wewnętrznie.

Drugi paszport Niny ciągle w fazie produkcji, obecnie na etapie składania papierów o wydanie polskiego aktu urodzenia w nowosolskim USC. Oczywiście, nie ma takiej mocy na Ziemi, by wszystko jakoś sprawnie i szybko poszło-oto mama przysłała mi jakiś papier do podpisania, bo na angielskim akcie urodzenia Niny był "błąd", czyli nazwisko matki jedynie panieńskie, podczas gdy obecnie matka ma panieńskie plus odmężowskie. I nic to, ze do aktu brano nazwisko z paszportu. Teraz trzeba zawirowanie z nazwiskiem matki odkręcać, co by nie było najmniejszych wątpliwości, ze to ja właśnie, a nie inna AC ją urodziła i wychowuje.

No więc siedzę i płaczę, bo mimo ze pobyt u Gonzów zawierałby w sobie element kilkugodzinnej opieki nad trójką maluchów (mam wprawę z Ch.!), to poza tym przecież...ech, przygodo, żegnaj przygodo....

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz