środa, 12 grudnia 2012

O (nie)spaniu raz jeszcze czyli refleksje matki niewyspanej


Kiedy człowiek nie ma dzieci, żyje w błogiej nieświadomości. Kiedy dzieci mu się przytrafiają, choćby nie wiadomo jak był przygotowany, oczytany, otrzaskany z tematem,i tak przeżyje szok i przesunięcie biegunów o 180 stopni. Nie ma na to siły, nie ma innej możliwości. Dziecko wywróci nawet największemu stoikowi świat do góry nogami i to w sposób, jakiego się by nigdy nie spodziewał. Każdy moment będzie jak ogarnianie bezludnej wyspy przez Robinsona Crusoe przez kilka pierwszych lat przynajmniej, tylko po to, by po jakimś czasie dojść do wniosku, że -owszem, szałas się dało zbudować, dobre łowiska na płyciźnie zlokalizować, krzesać ogień za pomocą drewienek też, i w sumie znośnie jest, ale to ciągle nieznana, nie do końca oswojona wyspa. Nigdy nie będzie do końca oswojona, im szybciej sobie z tego Robinson zda sprawę, tym łatwiej mu będzie żyć w tej nowej, fascynującej (ale i cholernie trudnej rzeczywistości). Sporo nowych rodziców przezywa największy szok i niedostosowanie w związku ze spaniem potomstwa. A raczej niespaniem. Albo spaniem do dupy, mówiąc obrazowo. Czytam sobie różne fora, grupy parentingowe na fb i ciągle widzę te same, powtarzające się pytania, problemy: Jak sprawić, by dziecko przesypiało noc?Jak się w końcu wyspać? Otóż, drodzy świeży rodzice oraz oczekujący i planujący: NIE DA SIĘ. Nic, absolutnie nic się nie da z tym zrobić. Możecie, owszem, trafić na ten rzadki egzemplarz (i uwierzcie, to większe szczęście niż szóstka w totolotka), który będzie spał sam z siebie, z rzadka się budząc początkowo na dokarmienie, a na dodatek budząc się łagodnie, subtelnie (i budząc was równie subtelnie oczywiście), delikatnym pokwękiwaniem. Po kilku miesiącach będzie przesypiać całą noc bez najcichszego brzęczenia nawet. Błogosławcie wówczas swe szczęście,albowiem zaiste, trafiło się wam niesłychane dobro. Niestety dla większości z nas to abstrakcja. Przeciętne dziecię będzie budziło się kilka razy w nocy, będzie dawało o sobie znać donośnie i dobitnie, i nie da się tego zignorować (i nie powinno się ignorować zresztą-skoro płacze, to ma potrzebę, metoda "kontrolowanego wypłakiwania" w dzisiejszych czasach to domena psychopatów i pozbawionych empatii kretynów). A więc większość z nas jest skazana na przynajmniej kilka miesięcy stosunków przerywanych z własnym łóżkiem, i to niezależnie od tego, czy dziecko karmione mlekiem sztucznym, czy naturalnym, czy śpi samo, czy z rodzicem (albowiem ojciec dzieciom często w początkowym okresie dokonuje strategicznego desantu na kanapę w pokoju dziennym, cham i egoista jeden. No dobra, musi się wyspać bo z reguły do pracy rano idzie. Ale inwektywa przynosi ulgę:). Powtarzam, NIC z tym nie zrobicie, nie załagodzicie, nie zmienicie. To naturalna kolej rzeczy, na to trzeba zagryźć zęby, być twardym i przetrwać. Kiedyś minie.....jeszcze się wyśpicie! I tu też cieszcie się, w tej trudnej sytuacji, cieszcie się, że nie trafił się wam egzemplarz ekstremalny, jak mój. To już niestety liga zawodowa, nie dla cieniasów i słabeuszy. To przypadek dla twardzieli klasy najwyższej, Hulków, Supermanów i Wolverinów:) I zaiste, w Wolverine`a co najmniej przeistoczycie się po trzech latach permanentnego niespania. W człowieka-nietoperza będącego w stanie usłyszeć tupanie roztoczy po wykładzinie w środku nocy. W cyborga podnoszącego się w ciągu 1 nanosekundy do pionu wprost z ciepłej, wygodnej jamy łóżka na dźwięk sapnięcia czy też kaszlnięcia dochodzącego z pokoju latorośli. W superherosa przemieszczającego się nieomal w czasie między ciemnymi pomieszczeniami domu , na sekundę zanim z gardzieli potomstwa rozlegnie się ryk porównywalny do trąb jerychońskich. O tak. Wielokrotnie każdej nocy. Przez 365 dni w roku. Przez lat 2, 3....4 i bogowie jeno wiedzą ile jeszcze. A w dzień będziecie mimo wszystko funkcjonować jakbyście spali snem niemowlęcym (nomen omen, kto ukuł to kretyńskie powiedzenie...?). Tacy będziecie super zajebiści madafakerzy, jak to mawia pewien znany mi rodzic-twardziel. I mimo to, gdy przy porannym zakładaniu madafakerskiej latorośli butów przy wyjściu do przedszkola w złowrogiej ciszy, owa latorośl nagle przytuli się wam do drżących pleców (trwardzielstwo twardzielstwem, ale ciało ma swe granice niestety) i wyszepta czule: Kocham cię...to nagle odczujecie, że ta kolejna Noc Żywych Trupów to znowu nic, bzdet i drobiazg.Naprawdę, niegodna wspomnienia.

wtorek, 11 grudnia 2012

Dziecko to potrafi zażyć


Znany to truizm, ale czasami gdy człowiek posłucha dziecka, zastanowi się nad logiką jaka przyświeca jego działaniom, popatrzy co dziecko robi i jak, to się chce za głowę złapać i zapłakać nad własnym fałszem, dorosłym wyrachowaniem, zblazowaniem i ogólnym zepsuciem. Niby nic, ale czasami mam takie momenty, przy Ninie, że wstrząsa mną myśl, że pewnego dnia ona też dorośnie i przestawi się na "dorosły" tor myślenia i postępowania. Byle tylko jakoś wpasować się w te społeczne ramy, byle jakoś funkcjonować w monolitycznym społeczeństwie, n ie wychylać się za bardzo i spokojnie przepędzać dzień za dniem. Kiedy przestajemy być prawdziwie sobą? Kiedy zakładamy te ohydne maski oportunizmu i wpasowujemy się w szereg...?Ech, chciałby czasem człowiek odkryc Rain Mana w sobie... Tymczasem kilka dialogow: Wczoraj, wieczorem, po tajniackim ściągnięciu z regału dużego czekoladowego Mikołaja: -Mamo, ten Mikołaj jest naprawdę przerażający. I gorąco mu w ubranku (Mikołaj oczywiście owinięty kolorową folią imitującą mikołajowe ubranie). Słyszę szelest, za chwilę odwracam głowę, Nina przeżuwa, Mikołaj z ubranka odarty i bez głowy. -Widzisz, już nie jest przerażający. To co chcesz, szyjkę czy brzuszek? Dziś rano, w drodze do przedszkola. Mróz, wszędzie biało. -Co to mamo, takie białe na autach i na dachach? (Tłumaczę, że mróz, ze to tak jak lody wyjęte z zamrażarki, że słoneczko zaraz roztopi etc) -Hm, auta są zamrożone jak lody, i domy, i droga, to dlaczego Nina nie jest zamrożona i inne dzieci...? I tu mnie na chwilę zatkało, bo sobie pomyślałam, że po zaledwie jednej porannej kawie nie jestem chyba w stanie wdawać się w dyskusję o przyrodzie ożywionej i nieożywionej. Ale kocham tę jej dociekliwość. Jakie to musi być ekscytujące, codziennie poznawać nowy, nieznany świat.

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Idą święta...


I w związku z tym, zaopatrzywszy się w zestaw tanich biletów lotniczych w tanich liniach lotniczych Wizzair, za jedyne 700 funtów na trzyosobową rodzinę (karta kredytowa ma jeszcze nie doszła do siebie, małżonek jak zwykle również, tylko ja zachowuję twarz pokerzysty;D ), ostatni tydzień nurzamy się w codzienności, by już niebawem dać się na lotnisku w Luton obmacać wykrywaczom materiałów wybuchowych. Jak zwykle Nina będzie najbardziej podejrzanym podróżnym, ze swoimi niebieskimi oczami i pszenicznymi włosami, dzierżąc w dłoniach podejrzanie wyglądającą przytulankę sowę,ani chybi wypełnioną trotylem; tuż po niej ja, równie bladolica, niebieskooka i sianowłosa topielica w typie kaukaskim, za to z wypełnioną metalowymi rurkami bielizną wymagającą dokładnego obadania klapką na muchy z brzęczykami. A potem staniemy w kolejce do bramki, by jak zwykle przepychać się wśród rzeszy rodaków do kolejki priorytetowej, rodacy bowiem, jako masa nie rozumieją, ze skoro są dwie kolejki, to znaczy że są dwa rodzaje biletów, i stanie w tychże nie polega na zasadzie "Huzia na Józia, kto pierwszy ten lepszy". Ech, doczekać się nie mogę już. Ze o pobudce o 2 nad ranem nie wspomnę... Ale najważniejsze, że przez dwa tygodnie odpocznę. Odpoczniemy wszyscy, chociaż trochę. I napijemy się alkoholu (no, Nina raczej nie). I wytarzamy w śniegu (oby!). Jeszcze tylko tu zadzwonić, tam zadzwonić, jeszcze to jedno pismo wysłać, jeden formularz, stado maili stworzyć, zapłacić kilka rachunków, spakować walizki...wyboista jest droga do czasu relaksu!