Znany to truizm, ale czasami gdy człowiek posłucha dziecka, zastanowi się nad logiką jaka przyświeca jego działaniom, popatrzy co dziecko robi i jak, to się chce za głowę złapać i zapłakać nad własnym fałszem, dorosłym wyrachowaniem, zblazowaniem i ogólnym zepsuciem.
Niby nic, ale czasami mam takie momenty, przy Ninie, że wstrząsa mną myśl, że pewnego dnia ona też dorośnie i przestawi się na "dorosły" tor myślenia i postępowania. Byle tylko jakoś wpasować się w te społeczne ramy, byle jakoś funkcjonować w monolitycznym społeczeństwie, n ie wychylać się za bardzo i spokojnie przepędzać dzień za dniem. Kiedy przestajemy być prawdziwie sobą? Kiedy zakładamy te ohydne maski oportunizmu i wpasowujemy się w szereg...?Ech, chciałby czasem człowiek odkryc
Rain Mana w sobie...
Tymczasem kilka dialogow:
Wczoraj, wieczorem, po tajniackim ściągnięciu z regału dużego czekoladowego Mikołaja:
-
Mamo, ten Mikołaj jest naprawdę przerażający. I gorąco mu w ubranku (Mikołaj oczywiście owinięty kolorową folią imitującą mikołajowe ubranie).
Słyszę szelest, za chwilę odwracam głowę, Nina przeżuwa, Mikołaj z ubranka odarty i bez głowy.
-
Widzisz, już nie jest przerażający. To co chcesz, szyjkę czy brzuszek?
Dziś rano, w drodze do przedszkola. Mróz, wszędzie biało.
-
Co to mamo, takie białe na autach i na dachach? (Tłumaczę, że mróz, ze to tak jak lody wyjęte z zamrażarki, że słoneczko zaraz roztopi etc)
-
Hm, auta są zamrożone jak lody, i domy, i droga, to dlaczego Nina nie jest zamrożona i inne dzieci...? I tu mnie na chwilę zatkało, bo sobie pomyślałam, że po zaledwie jednej porannej kawie nie jestem chyba w stanie wdawać się w dyskusję o przyrodzie ożywionej i nieożywionej.
Ale kocham tę jej dociekliwość. Jakie to musi być ekscytujące, codziennie poznawać nowy, nieznany świat.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz