wtorek, 30 października 2012
Listonosz zawsze dzwoni dwa razy...?
sobota, 27 października 2012
Chłopy są jakieś inne
czwartek, 25 października 2012
Wspominkowo-żałośliwie
Chora służba zdrowia
poniedziałek, 22 października 2012
Meteorologicznie i futurystycznie
sobota, 20 października 2012
Słowo na sobotę
środa, 17 października 2012
Muzycznie i reżimowo
poniedziałek, 15 października 2012
Obersturmführer und Idioten
piątek, 12 października 2012
W drodze
środa, 10 października 2012
Sztuka
Pranie, sprzątanie i takie tam
wtorek, 9 października 2012
Dzień zwykły chyba
poniedziałek, 8 października 2012
Rachunek ekonomiczny
Muszę, muszę to zapisać!
Wybrałam się z N. do polskiego sklepu "za rogiem". Podczas gdy ja dumałam nad regalem warzywnym (zupełnie nie mam inwencji twórczej obiadowej ostatnio), młoda przystanęła przy-oczywiście-regale ze słodyczami. Bo przecież one tak cudownie przypadkiem w tych sklepach ulokowane, na wysokości metra od podłogi, prawda, co by małe oczka wszystko dokładnie widziały, a małe rączki nie miały problemu z dosięgnięciem.Przeklęci niechaj będą specjaliści od marketingu!
Ale, do rzeczy. Stoję ja sobie, ogóry oglądam i kalafiory, aż tu słyszę, miła pani w bardziej niż średnim wieku, zagaduje do Niny:
-Co, chciałabyś ciasteczko, aniołku...?Może mamusia ci kupi!-i łypie w moją stronę z "porozumiewawczym" uśmiechem. Ja udaję, ze to nie moje dziecko, kątem oka jednak zerkam, w razie gdyby uprowadzić chciała "aniołka". Który to-zazwyczaj zachowując powściągliwe milczenie wobec obcych!- tymczasem, odpowiada swej rozmówczyni:
-Tak, ja chciałabym takie ciacho. Ale mamusia mówi, że ząbki się popsują, a ona nie ma pieniążków, żeby nowe kupić ząbki, bo to strasznie dużo monetów potrzeba. Mamusia nie ma tyle monetów, a tatuś jeszcze piwo chce!
Wychodzi na to, żem nie tylko wyrodna matka, dziecku łakoci odmawiająca, ale jeszcze patologicznie poddana ojcu dziecka-alkoholikowi ;)
Pażdziernikowo-przedszkolnie
Zdenerwowałam się sama na siebie i wracam do pisania. No, wracam, mowię! A jak znów przestanę, to się położę na ulicy żeby mnie coś rozjechało, bo na litość boską, trzeba w tym życiu coś, jakoś robić więcej, niż tylko zmywać gary, liczyć grosze przy codziennych zakupach i marzyć o lepszym jutrze. A, dziecko rośnie, i za moment wszystko się we łbie matce pokiełbasi, poprzestawia, pozapomina-a to chwile, zdania, momenty ulotne jak ptasi puch.
No dobra, poetycko było, a teraz fakty. jest pażdziernik, 2012, Ninul liczy sobie lat 3 i 2 miesiące, i własnie zaczęła była karierę w brytyjskiej placówce edukacyjnej.
Placówka w postaci przedszkola przyszkolnego położona jest 200 m od domu, i nienajpiękniejsza na pewno, ale w głębokiej d..... poziom edukacji i urodę owej miałam, zapisując ją tam, gdyż liczył się jedynie dystans, jaki w razie dramatu i awarii miałabym do pokonania, by dziecko uratować. Pokonanie dystansu trwa może 2-3 minuty w jedną stronę, więc satysfakcja z mojej strony pełna. Z tej to przyczyny nie wdawałam się w żadne dyskusje na temat przedszkolnych rankingów, opinii, nie obchodziło mnie, czy przedszkole na internetowej liście jakiejś tam "konsumenckiej" ma ocenę excellent, czy tylko good, albo zgola not great.
Wyszłam z założenia, ze to tylko przedszkole , grupa trzylatków, zaś sesje trwają jedynie 3 godziny, więc o poziomy i oceny martwić się będę za rok, gdy dzieć trafi do "zerówki" (takie określenie tu nie istnieje, no ale dla uproszczenia) i to na 6 godzin.
A teraz...po poprzednim tygodniu, kiedy to pierwszy dzień był dość dramatyczny przy odbiorze, drugi zaś przy zostawianiu małej, a kolejne upłynęły w miarę pozytywnie (buzia w podkówkę, ale bez łez! liczy się jako pozytyw, prawda?), a teraz już jestem spokojna, bo moje dziecko przetłumaczyło sobie, ze przedszkole to żadna tragedia, i ze mama wraca o 12. Wprawdzie szału nie ma-Nina nie należy do dzieci rzucających się na głęboką wodę grupowych zabaw, woli poobserwować z boku, ewentualnie sama sobie znaleźć zabawę-lepsze to jednak niż szlochy i kiełkowanie głębokiej awersji.
Zastrzeżeń kilka mam po tym tygodniu ALE nie na tyle, by coś z tym robić. Nie jest źle, a najważniejsze, by się młoda przyzwyczaiła, ze czasem człowiek musi poegzystować w grupie/społeczeństwie.
Nie mniej istotne są te 3 godziny "wolnego" dla mamy.Bo mama od 3 lat nie wie, co to "czas dla siebie". Naprawdę. I choć milion rzeczy może w tych porannych trzech godzinach robić, na razie siedzi w stuporze nie do końca wierząc, że oto jest w domu SAMA.
A na koniec kilka zdjęć prawie-przedszkolnych, bo po wyjściu z domu do.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





