czwartek, 25 października 2012

Wspominkowo-żałośliwie


Za oknem paskudna angielska jesień z deszczem, i w związku z faktem,że potomstwo dziś nie było w przedszkolu przez wizytę w przychodni, męczymy się razem cały dzień-jak to człowiek się do nowej sytuacji przyzwyczaja błyskawicznie! Ale jutro jest nowy dzień, jak by to powiedziała Scarlett O`Hara, co oznacza, że rano Nin znów powędruje do placówki i życie będzie znów piękne;) Pogoda jednakże nie sprzyja nawet chyba samotnym rozmyślaniom. Szukając czegoś, natknęłam się w jednej z szuflad na kajet. Kajet z wierszami. Popełnianymi od 1993 do 2000 roku. Zaczyna się na zabawnych w swej naiwności wierszydłach 14-latki, a kończy na mrocznych, depresyjnych wytworach studentki ze złamanym sercem (wiem, wiem jak to brzmi, ale cóż, życie). Która, nota bene, wonczas połamała kilka serc także, więc poniekąd Karma odpłaciła jej pięknym za nadobne. I tak sobie myślę, że to nieprawda, że nie należy żałować przeszłych wydarzeń, doświadczeń-bo to one nas kształtują niby. Tylko że ja bym wiele oddała, by móc cofnąć czas, wrócić do Krakowa AD 1998-2003. Inaczej przeżyć ten czas, a przede wszystkim nie pozwolić się omotać temu jednemu choremu omamieniu, które wyłączyło mnie z rzeczywistości na prawie 3 lata, które omal nie wywaliło mnie z (upragnionych!) studiów, które spaprało mi mocno najpiękniejsze ponoć lata życia (bo studenckie lata takie są z definicji ;), które sprawiło, że kilka wyjątkowych dla mnie osób cierpiało. Chyba nigdy nie nastąpiła tak zwana (zwany?) closure. Między mną a nim, między mną, a Tymi Ważnymi Osobami, między mną a mną. Chciałabym móc cofnąć czas by im powiedzieć, jak wiele im zawdzięczam, i jak mocno ich (ciągle!)kocham. A może wspomnienie o nich... Ech. Grzaniec na słono nie smakuje najlepiej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz