Maluch ucina sobie poobiednią drzemkę, a ja zamiast pójść w jej ślady,zajmuję się milionem innych, nie cierpiących zwłoki spraw, no bo jeśli nie ja, to kto-i jeśli nie dziś, to kiedy? Jutrzejsze będą jutro,a dziś są jeszcze wczorajsze i przedwczorajsze...mentalnie czuję się nieco jak ten głupkowaty chomik, zmuszony ewolucyjnym imperatywem gnać bez wytchnienia po kółku-karuzelce. Cóż, los kobiety polskiej, na barkach której spoczywa los Wszechświata i własnej rodziny;)
To, ze od 16 miesięcy nie śpię, to pikuś,można się przyzwyczaić-tylko rodzi się w głowie takie marzenie czasem: położyć się w białej, pachnącej lawendą pościeli, w białym pokoju z drewnianą podłogą, przy otwartym oknie, przez które wpada zapach kwitnących bzów i jaśminów. Jest cisza, która otula głowę kokonem niczym poduszką...i zapadam w otchłań tej ciszy i zapachu...ech.
A dzisiejszej nocy, kiedy już się położyłam (miałam zamiar przed północą, ale wyszło jak zwykle), i już zaczęłam dryfować w stronę snu, Nina zaczęła pokwękiwania swe, do których dołączył jej szanowny ojciec, którego męczyły jakieś boleści brzucha. No więc kolebałam się tak między pokojem małej (podać smoczka, przykryć, odkryć, pogłaskać po głowie, włączyć pozytywkę, podać Sowę Filifionkę, odkryć, zabrać smoczka, podać smoczka, poklepać po plecach...etc), a naszą sypialnią, gdzie na łóżku wił się cierpiący i wierzgający Paweł (przynieść wody, znaleźć krople żołądkowe, podać tabletki przeciwbólowe, uchylić okno, przykryć, odkryć, spróbować przykryć siebie, spróbować zasnąć wśród boleściwych jęków i wierzgnięć...)...
Ok 5 rano przyłapałam się na tępym wpatrywaniu się w ścianę na korytarzu między pokojami. Mayday, Houston, mayday...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz